Drogą jedzie mały zielony autobus, lekko zardzewiały wokół okien, w przykurzonych szkłach przesuwa się na przemian las, niebo nad polami, i znów szczyty drzew kołysanych czerwcowym wiatrem. Gdyby ktoś mógł przysunąć nos do szyby, wewnątrz zobaczyłby śpiące twarze, a później stare kufry ze złoconymi obiciami, zwoje wiśniowego aksamitu, drewniane skrzynie, wieńce z papierowych kwiatów, wszystko porozrzucane na tylnych siedzeniach, na podłodze, pod głowami zmęczonych podróżnych. Ale autobus jedzie zbyt szybko, nie da się zajrzeć do środka, nie wiemy więc jeszcze kogo wiezie, ani skąd. Wiemy, że jest upalne popołudnie, a droga prowadzi do miasteczka obrośniętego sadami. Ktoś tam już czeka na przyjazd nieznajomych, czyjeś ręce w pośpiechu zamykają stryszek na klucz. W starej zniszczonej książce zaczynają szeleścić kartki.
Dodaj komentarz