Rozdział pierwszy

Nim dwa razy słońce zaśnie,
Nim dwa razy księżyc zgaśnie.
(Akt I, scena II)
 

Ktoś zatruwał jabłonie. Kilka lat temu, we wrześniu, w pobliskim miasteczku – tym najbardziej wysuniętym na wschód – zwiędły nagle dwa drzewa: liście pomarszczyły się i pociemniały, jabłka wyschły i opadły na ziemię. Żona właściciela była pewna, że na ich sad rzucono urok i przez wiele miesięcy przypatrywała się podejrzliwie każdemu, kto szedł wzdłuż ogrodzenia. Ale rok później to samo wydarzyło się w sąsiednim miasteczku. Z końcem lata, kiedy jabłonie były już gęste od liści i owoców, niespodziewanie cztery z nich zmarniały, sczerniały i potraciły owoce. I tak dalej, sad za sadem, miasteczko za miasteczkiem. Drzewa schły, a sadownicy czekali z niepokojem czy gdzieś pod ziemią, w plątaninie korzeni, trucizna czy choroba nie przenosi się przypadkiem na pozostałe jabłonie. Oczywiście byli tacy, którzy dopatrywali się w tym sąsiedzkich aktów zemsty, albo sabotażu, niektórzy zresztą myślą tak do dzisiaj, w każdym razie nieszczęście w niezrozumiały sposób rozlewało się na całą okolicę. Coraz więcej drzew niszczało, rażonych nagłą przypadłością. Niedawno ktoś przypomniał sobie, że kilka lat temu widział grupkę nieznajomych, którzy kręcili się w pobliżu ogrodzenia na krótko przed tragedią. To odświeżyło pamięć wielu innym sadownikom: rzeczywiście, ktoś się kiedyś snuł po okolicy, ktoś niósł w koszu butelkę z brunatną cieczą. Po długich naradach i prywatnych śledztwach ustalono wreszcie, że sprawcy przesuwają się po okolicznych sadach wzdłuż mapy, ze wschodu na zachód. Pojawiają się zawsze z początkiem lata, obserwują, wybierają sad i uderzają w czasie wrześniowych festynów.

O sprawie powiadomiono odpowiednie służby i wkrótce do naszego miasteczka zajechał wojskowy samochód, z którego wysiadł dystyngowany mężczyzna, wyprostował się, otarł pot z czoła, poprawił mundur i wszedł po krzywych schodkach na cienisty ganek. Czyjeś zdolne dłonie wymalowały barwne hafty na pobielanych ścianach i chata wyglądała jak odświętna huculska koszula. Pod stropem wisiały girlandy ziół i suchych kwiatów. Zapukał do drzwi, które po chwili otworzyła kobieta w długiej spódnicy obwiązanej fartuchem, z burzą skołtunionych włosów upiętych tuż nad czołem.

– W czym mogę pomóc? – zapytała szeptem.

– Czy Pani Barbara?

– Tak, ale mogę poprosić którąś inną, jeśli Pan woli.

– Chcę porozmawiać z Wami wszystkimi. Ważna sprawa – powiedział stanowczo i popchnął dłonią drzwi.

– Oczywiście – odpowiedziała Barbara, ukłoniła się i wpuściła go do środka.

W kącie, w ciszy, stały pozostałe domowniczki, zdziwione tą niezapowiedzianą wizytą. Poranne słońce wpadało skosem przez okno i zatrzymywało się na rozmaitych przedmiotach – drewnianych łyżkach, wiązkach ziół, miękkich wstążkach – które dziewczęta wsuwały powoli w fałdy kwiecistych spódnic. Rozmowa była krótka.

– Podejrzewamy, że sprawa ma o wiele szerszy zasięg i może być wstępem do czegoś b ar d z o niebezpiecznego dla całego kraju. Dlatego szczegółowo zaplanowaliśmy pewne sekretne działania. – Aby dodać powagi tej przemowie, wyjął z kieszeni mapę, przez którą biegła kręta czerwona linia, wiła się po wzgórzach i dolinach i rozlewała w szerokie plamy w kolejnych sadach jabłkowych. – Wygląda na to, że Wasze miasteczko padnie ofiarą trucicieli właśnie tego lata. Zwabimy przestępców na Święto Jabłek, a do tego momentu będziemy uważnie obserwować teren. Wy też miejcie oczy i uszy otwarte. Plan jest następujący: za dwa dni przyjedzie tu trupa zaprzyjaźnionych aktorów. Spalił się ich teatr i nie mają gdzie grać. Zaproponowałem im, żeby przygotowali przedstawienie na Wasz festyn, to zachęci widzów z okolic, zrobi się większy tłum, szum i zamieszanie i łatwiej nam będzie przeprowadzić akcję. Zatrzymają się u Was.

– U nas?

– Będą się tu też stołować, bo to najlepsze w tej okolicy schronisko, rozumiemy się? – powiedział głosem nie znającym sprzeciwu. – Obserwujemy Was od dawna – dodał cicho, przeciągając każde słowo – jesteśmy skłonni przymknąć na wszystko oko, jeśli zgodzicie się nam pomóc.

Barbara skinęła głową, a po niej wszystkie dziewczęta. Wśród nich, przy samej ścianie, stała Katarzyna, o której będzie ta opowieść. Po krótkim pożegnaniu nastąpiła chwila milczenia, a później nastał chaos, który potrwał do następnego wieczora. Trzeba było posprzątać, schować co nie co, coś przestawić, przenieść rzeczy do jednego wspólnego pokoju, a w pozostałych trzech pościelić łóżka dla gości, a przede wszystkim umyć się i przebrać, i – co najtrudniejsze – rozczesać włosy. Tymczasem dowódca pomknął powrotną drogą przez upalne wzgórza i doliny i już po kilku godzinach przedstawiał swój plan małemu oddziałowi zdezorientowanych żołnierzy.

– Aktorami? – zapytał Bogumił z niedowierzaniem.

– Wszystko jest już dokładnie zaplanowane. Zamieszkacie na dwa miesiące w schronisku pod miasteczkiem. Będziecie uważnie obserwować każdego, kogo napotkacie. Zejdziecie teraz na dół – ciągnął, ignorując nerwowe pytania żołnierzy. – W magazynie znajdziecie sporo skonfiskowanych ubrań i różnych dziwnych przedmiotów. Wybierzcie co Wam się tylko przyda. Będziemy się informować na bieżąco. Przygotujcie porządny teatr na Święto Jabłek, sam przyjadę Was obejrzeć. To część planu – wyjaśnił. – Ruszacie za dwa dni. Jesteście zdolni, wierzę w Was.

I żeby nie było żadnych wątpliwości, dodał na koniec:

– To rozkaz.

Dwa dni później wsiedli więc wszyscy do załadowanego po brzegi zielonego autobusu i ruszyli w skwarną drogę przez lasy. Większość trasy przespali, zmęczeni przygotowaniami i upałem. Kiedy dotarli na miejsce, wydawało im się najpierw, że nadal śnią i że strzecha na skraju puszczy jest częścią ich sennej wizji. Wojskowa dyscyplina kazała im się jednak szybko ocknąć. Na ganku czekały na nich dziewczęta w trudnym do określenia wieku. Popołudnie zaczynało się już złocić, słońce wisiało nad czubkami drzew i prześwietlało liście, równo splecione włosy, krawędzie twarzy.

Wysiadali bez pośpiechu, stawiając nierówne, ale dostojne kroki. Aksamitne płaszcze, przepasane szarfami, ciągnęły się po schodkach autobusu, a później po trawie. Spod szat wystawały szpiczaste filcowe buty. Dziewczęta przyglądały im się bez słowa, jeszcze nigdy nie widziały aktorskiej trupy! Na samym końcu z pojazdu wyskoczył niski i chuderlawy chłopak i donośnym, teatralnym głosem zarządził:

– Wejdźmy już do środka, o, koledzy aktorzy! Ta piękna istota drzwi przed nami otwiera!

– Otworzy – szepnął stojący tuż obok kolega aktor, zerkając na pomiętą kartkę ukrytą w dłoni.

– …drzwi przed nami otworzy – poprawił się tamten nerwowo, ale po chwili rozciągnął usta w nienaturalnie szeroki uśmiech i ukłonił się zdumionym dziewczętom. Te rozstąpiły się, Barbara otworzyła drzwi na oścież i zaprosiła gości do środka. Ziemia niosła ich kroki z wielką pradawną miłością. Kiedy tak szli, Bogumił, ten, który przemówił jako pierwszy, poczuł aromat świeżo ciętej trawy i ostry zapach mięty; Konrad, ten, który nosił kartkę z ułożonymi kwestiami, wyczuł w powietrzu płatki mydlane i chłodny powiew źródlanej wody; Gustaw i Filon wdychali z lubością wilgotną zieleń lasu. Aleksander, który zaraz zobaczy po raz pierwszy Katarzynę, przymknął na chwilę oczy i pomyślał, że wiatr jest tu zupełnie inny niż w mieście, napływa falami jak oddech i wędruje po skroniach, jakby ktoś bezgłośnie szeptał mu do ucha. Podniósł znów powieki i przeszedł obok Katarzyny, i akurat wtedy coś się nagle poruszyło w jego torbie. Być może było to złudzenie, może po prostu potrącił ją dłonią, ale Katarzyna dostrzegła to od razu i od tamtej chwili nie przestawała o tej sprawie myśleć.

– Pokażę Panom pokoje – zaoferowała się Barbara i ruszyła w głąb korytarza. Otwierała po kolei trzy pomieszczenia, przestrzenne i przyjemne. W każdym stały świeżo zaścielone łóżka z wielkimi poduszkami pełnymi kaczego puchu. W oknach powiewały cienkie zasłonki, dzięki którym pokoje tonęły w chłodnym półcieniu. Laura podbiegła do jednego z parapetów, coś ukradkiem z niego zdjęła i wsunęła do przepastnej kieszeni. Udała później, że spogląda na grządki, ciągnące się za domem, po czym poprawiła zasłonkę i wróciła do zwiedzających. Wzdłuż ścian poustawiane były skrzynie, komódki, szafki i regały, każdy z tych mebli był w innym stylu, tak samo zresztą jak krzesła, na których czekały bielusieńkie ręczniki, ułożone w kostkę.

Chodzili od drzwi do drzwi i zaglądali ciekawie do środka. Wszystko odbywało się w absolutnej, krępującej ciszy.

– Bardzo nam przykro z powodu Waszego nieszczęścia – zaczęła Maryla, żeby nawiązać jakąś rozmowę.

– Jakiego? – zapytał zaskoczony Bogumił.

– Z powodu teatru – odpowiedziała z lekkim wahaniem.

– Teatru?

– Z powodu pożaru – przyszła z pomocą Laura.

– Ach, tak, oczywiście! Nie wiedziałem o które nieszczęście Pani chodzi – odetchnął z ulgą Bogumił. – Rzeczywiście, wielkie nieszczęście, no ale cóż począć…

Stali w sieni i rozglądali się po wnętrzu, wpatrywali się z uwagą w przypadkowe detale, wystające gwoździe, sęki na deskach, plamy światła na ścianie, żeby tylko nie napotkać wzroku gospodyń. Miały w sobie coś, czego nie potrafili zrozumieć: coś w ich spojrzeniu plątało im w głowie starannie ułożone historie, domagało się prawdy, nie pozwalało grać.

– Co będziecie Panowie wystawiać? – zapytała wreszcie Aldona.

Aktorzy spojrzeli po sobie.

– Jeszcze nie wiemy – odpowiedział Aleksander.

– Wahamy się – powiedział w tej samej chwili Bogumił.

– Tak, mamy dużo pomysłów, jest dużo, bardzo dużo rzeczy, które możemy zagrać – zapewnił Gustaw.

– Trudno wybrać. – dodał Filon. Popatrzyli na siebie przerażeni, bo dopiero teraz uświadomili sobie, że pamiętali o szczoteczkach do zębów, piżamach, skrzyniach i rekwizytach, o tysiącu mniej lub bardziej potrzebnych przedmiotów, ale nie pomyśleli o najważniejszym, o sztuce, którą będą musieli niedługo zagrać na teatralnych deskach.

Katarzyna chciała się odezwać, ale kiedy tylko wzięła oddech, w torbie Aleksandra znów coś się poruszyło, teraz była już tego pewna. Jakby coś chciało się z niej wydostać. Nie powiedziała więc tego, co chciała, rzuciła tylko: – Rozgośćcie się, Panowie, zaraz będzie kolacja – i pobiegła do kuchni.

Szykowały ryż z jabłkami. Nie rozmawiały ze sobą, bo znalazły się w zupełnie nowej sytuacji: ktoś był w ich domu, ktoś mógł usłyszeć każde słowo. Nie czuły się swobodnie. Niedługo się przyzwyczają, ale teraz było im jeszcze trudno. Ścierały w skupieniu owoce na srebrnej tarce i wrzucały je do garnka. Ryż był już prawie gotowy, mieszały go trzema drewnianymi chochlami, żeby się zbytnio nie przypalił. Aldona odruchowo wyciągnęła dłoń w kierunku półki z przyprawami. Stały na niej buteleczki, woreczki, pudełeczka, każde z nich oznaczone ręcznie pisaną etykietą. Niektóre były już tak wytarte, że nie dało się z nich odczytać dawnych nazw.

– Nic nie dosypuj! – syknęła Laura, chwyciła Aldonę za nadgarstek, wyjęła jej z dłoni maleńki słoiczek i odstawiła go na miejsce.

Długo można by opowiadać o zapachu pieczonych jabłek, o cienkiej, chrupiącej skorupce, obejmującej ryż i miąższ owoców, o złocistych kropelkach soku na dnie patelni, o kłębuszkach gęstego jabłkowego dymu. Kiedyś do tego wrócimy, ale tamtego dnia zdarzenia potoczyły się tak szybko, że nie można się na razie skupiać na niczym innym. Na kuchennym blacie stały już więc pięknie umyte talerze i czekały aż ktoś je napełni. Goście siedzieli na ganku wokół starego stołu, na ławach, które skrzypiały kiedy tylko ktoś się poruszył. Katarzyna stała przez chwilę w sieni i przysłuchiwała się rozmowie. Nabrała w końcu odwagi, podeszła do niskiej półki z książkami, wyciągnęła jedną z nich i wybiegła na zewnątrz. Podeszła do Aleksandra.

– Gdybyście Panowie nie mieli pomysłu, może moglibyście spróbować tego? – zapytała z napięciem w głosie i stanęła na palcach, jak mała dziewczynka. Aleksander wyjął książkę z jej dłoni.

– Balladyna – przeczytał na głos. – Koledzy aktorzy, Balladyna, co o tym sądzicie?

Pokiwali z uznaniem głowami, ale widać było, że nie mają pojęcia o czym mowa. Później wiele razy Aleksander myślał, że gdyby wtedy podszedł do półki i spojrzał na inne stojące tam książki, zrozumiałby od razu wiele ważnych rzeczy.

– To jedna z moich ulubionych historii – powiedziała Katarzyna.

– Bardzo dziękuję, przeczytam… przypomnę ją sobie dziś wieczorem – odparł Aleksander i uśmiechnął się do Katarzyny, a widząc to Maryla, która akurat stawiała talerze z dymiącym ryżem przed głodnymi gośćmi, mrugnęła do Barbary, uniosła brwi i ułożyła usta jakby chciała powiedzieć „uuu”. Katarzyna przewróciła na to oczami i wróciła do środka. Miała iść do kuchni po kolejny dzbanek z sokiem, ale nagle ogarnęła ją okrutna ciekawość, tak potężna, że nie umiała się jej w żaden sposób oprzeć. Czuła, że coś ją oplątuje i ciągnie do drewnianego pokoiku, do torby przewieszonej przez oparcie krzesła, coś ją z wielką mocą przyzywa, jakaś siła, z jaką nigdy dotąd nie miała do czynienia. Ruszyła więc za tym głosem. Czy gdyby tego nie zrobiła, historia potoczyłaby się inaczej? Czy i tak opowieść prędzej czy później by ją dopadła?

Weszła cichutko do środkowego pokoju i podeszła do torby, która teraz znów lekko się poruszyła. Drżącymi dłońmi odpięła trójkątny guzik i podniosła płócienną klapę. Ze środka wystawały rogi starej książki. Wysunęła ją ostrożnie. Miała podniszczoną ciemnozieloną okładkę, wymalowaną w złocone wzory, prawie już wytarte. Nikt nie wypisał na niej tytułu, ani imienia autora. Katarzyna czuła, że serce bije jej coraz mocniej, przestraszyła się, że ktoś je może usłyszeć. Odwróciła powoli głowę w kierunku drzwi, żeby sprawdzić czy nikt jej nie widzi. W domu nie było nikogo, z ganku dobiegały wesołe głosy, ożywione jabłkowym sokiem. Chwyciła więc róg okładki, żeby zajrzeć do środka. Otworzyła książkę i wtedy wszystko wokół niej znikło.

Zanim otworzę oczy, próbuję zrozumieć gdzie jestem. Pod stopami mam piasek, drobny i ciepły piasek, jego ziarenka unoszą się w powietrzu i przyklejają do skóry, do ust, do powiek. Z daleka dobiegają głosy ożywionej rozmowy, brzęk naczyń, czyjś głośny śmiech. Drzewa za moimi plecami szumią i skrzypią, pochylane wiatrem, który unosi też moje włosy, a później przykleja je do czoła. Ale na to nakłada się inny, potężny dźwięk, zbliża się i oddala, nasila i przycicha: czuję przed sobą kołysanie fal, pradawny oddech morza. Otwieram oczy w bezkres letniej nocy.

Wzrok szybko się przyzwyczaja do mroku. Morze jest spokojne, po linii horyzontu przesuwa się statek: garstka drobniutkich świateł. Stoję na plaży. Mam na sobie jasną sukienkę, w lewej dłoni trzymam pusty talerzyk, w prawej srebrny widelec, na który nabite są dwie truskawki. W oddali widzę stół, nad stołem wisi sznur żarówek; to jedyna plama światła w nabrzeżnej ciemności, ruszam więc w tym kierunku, stopy zapadają się w piasek, trudno się idzie, rozkładam ramiona jak skrzydła, żeby utrzymać równowagę. Na krzesłach wokół stołu siedzi kilka osób, głośno rozmawiają, nalewają coś do wąskich szklanek, podają sobie półmiski. Coraz wyraźniej słyszę ich głosy. Kiedy jestem już w zasięgu światła, zapada cisza, wszystkie twarze odwracają się do mnie. Nikogo nie rozpoznaję.

– Nadal nic? – pyta ciemnowłosa dziewczyna z drugiego krańca stołu.

– Nic – odpowiadam i siadam na pustym krześle. Stawiam przed sobą talerzyk, kładę na nim widelec, palcem zsuwam truskawki. Chłopak w słomkowym kapeluszu podejmuje przerwaną wcześniej opowieść, znów podnoszą się głosy, śmiech, dorzucane słowa; korale uderzają o porcelanę, kiedy ktoś pochyli się za nisko. „Gdzie jesteś?”, powtarzam w myślach i rozglądam się po tym świecie, w którym nie ma nic oprócz drewnianego stołu, przejrzystych żarówek i gwiazd pozszywanych w konstelacje. „Gdzie jesteś?”

– Mówi mi, żebym się położył, że teraz on będzie czuwał – opowiada dalej chłopak w kapeluszu, przechyla głowę na bok, składa dłonie jak do modlitwy i podsuwa je pod lewy policzek, przymyka oczy, jakby miał zasnąć. – No więc się położyłem, zająłem trzy miejsca, a i tak stopy wystawały mi na korytarz.

– Dobrze że stopy, a nie głowa – ktoś komentuje, a ciemnowłosa dziewczyna kładzie się na stole ze śmiechu, „Wyobrażam to sobie”, mówi, grzywka opada jej na półmisek. Zaczynają mówić jednocześnie, przypominają sobie sceny ze wspólnej przeszłości, o której nie mam pojęcia, chociaż najwyraźniej i ja byłam jej częścią.

– Zasnąłem i nawet coś mi się śniło – ciągnie chłopak – kiedy nagle czuję, że ktoś wysuwa spode mnie plecak. Otwieram oczy i widzę przed sobą twarz, w odległości może dwóch dłoni. Nie wiem kto z nas bardziej się wystraszył, ja czy on… Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, a później wypuścił wszystko na podłogę, mój plecak, aparat, mapę, i uciekł, pobiegł do następnego wagonu, może nawet gdzieś wyskoczył po drodze, bo szukałem go wszędzie, ale nie znalazłem. Zniknął. – Milczy teraz i obraca w dłoni pustą szklankę. W szklance odbijają się długie rzędy świateł, połyskują, jakby się poruszały, jakby były tłumem niespokojnych świetlików. – Wracam później do przedziału, a ten śpi w najlepsze! – trąca łokciem cichego chłopca, skulonego na sąsiednim krześle.

– Byłem zmęczony – chłopiec próbuje się bronić, ale inni go zakrzykują. – „Mogli wam ukraść mapę! Powinieneś być wdzięczny, że mimo to zabrał cię ze sobą!”. W ich głosach nie wyczuwam jednak złości, raczej przekorę, butną przekorę, nieodzowną dla młodej przyjaźni. Dobrze jest tak siedzieć, patrzeć na ich twarze, czuć na sobie wiatr znad morza, ziarenka piasku, ożywczy zapach letniej nocy.

Z ciemności rozlega się gwizd.

– Wraca! – woła chłopak w kapeluszu i wszyscy zrywają się z krzeseł. Ja też wstaję, próbuję coś dostrzec poza linią światła. Widzę tylko blade krawędzie fal, które obmywają plażę.

Życie jest chwilą, pętlą, która nakłada na siebie głosy i twarze, oddechy i sny, to wszystko za czym gnamy, i uderzenia serca. Ślady dzikich zwierząt, szukających strawy na wybrzeżu, kadłuby okrętów, po których zostały już tylko resztki zmurszałych desek, ciężka tafla lodu, a w niej kruche szkiełka bursztynów, ryb, wodorostów: wszystko jest tą samą chwilą, która powtarza się bez końca. Teraz biegniemy przez nią wzdłuż plaży, zostawiamy za sobą jasny stół, nad którym wiszą wciąż nasze słowa. Stopy trafiają czasem na twarde muszle, na kawałki gałązek, na kamienie wyrzucone przez morze. Czujemy ostre ukłucia, bolesne otarcia, nie zatrzymujemy się jednak, biegniemy dalej, w mrok, w miejsce, z którego co jakiś czas dobiega przeciągły gwizd.

Serce bije mi mocno, nikt się nie odzywa, słychać tylko jak łapiemy ustami powietrze, jak syczymy z bólu, kiedy plaża kaleczy nam stopy. Nad wydmami drzewa pochylają się od wiatru, jakby chciały wysunąć z ziemi korzenie, biec razem z nami. Zatrzymujemy się niespodziewanie, wpadamy na siebie, stajemy w półkręgu, ktoś wyjmuje z kieszeni pudełko zapałek, i zaraz jego twarz rozświetla chybotliwy płomień. To chłopak w kapeluszu, osłania zapałkę lewą dłonią, szuka czegoś w powietrzu, przebiera palcami, wreszcie słychać cichy brzęk, uderzenie paznokcia o szkło. Szklana kula, okrągła latarnia napełnia się płomieniem, krąg światła rośnie i wędruje po piasku. Przed nami, na drewnianych palach, rozwieszona jest sieć. Zrywamy ją, każdy chwyta jeden ze splecionych sznurów, trzymamy ją wysoko nad głowami, żeby się w nią nie zaplątać, biegniemy do morza, na którym widać teraz zarys łódki. Ktoś na niej siedzi, macha do nas rękami, „szybko, szybko!”, woła, i wtedy czuję, jak coś mnie ściska w gardle, nasze stopy już są w wodzie, zanurzamy się po kostki, po łydki, po kolana, idziemy jeszcze głębiej, ale już się nie boję, przedzieram się z nimi do łodzi, idę za Twoim głosem, do Ciebie, do Ciebie.

Kiedy jesteśmy już blisko, chwytasz kraniec sieci i przewlekasz przez nią hak na żelaznym łańcuchu. Chcę wdrapać się na łódź, objąć Cię, ale nie wiem czy mi wolno. Spod wody wydobywa się niski, przeciągły dźwięk, czyjeś potężne podwodne wołanie, i pod powierzchnię podpływa powoli coś ciężkiego, coś olbrzymiego. Nie wiem co się dzieje, bo widok przesłania mi łódź, i coraz wyższe fale, i sznury rybackiej sieci, które kłębią się teraz między nami.

– Zarzucamy sieć! – wołasz głośno, i patrzysz na wzburzone morze, a my razem z Tobą.

Ciągniemy razem sieć. Sznury wyślizgują się, zostawiając palące ślady na skórze, owijamy je więc wokół dłoni, wiążemy w płaskie węzły. Stawiamy kroki na mulistym dnie, woda chwyta nas za nogi, jak rozbawione dzieci, nie pozwala biec, każe iść powoli, podnosić kolana prawie do samej powierzchni. Brniemy jednak przed siebie, do brzegu, do szklanej latarni. „Spójrz na mnie”, powtarzam w myślach, „spójrz na mnie, jestem tutaj”, ale zaklęcia nie mają nad Tobą żadnej mocy. Patrzysz tylko na zwoje sznurów, które kłębią się na falach, a później znów odwracasz się w kierunku plaży i głośno wyrzucasz z siebie słowa.

– Trzymajcie ją mocno… Jeszcze chwilę… Jeszcze trochę…

Włosy oblepiają mi twarz i szyję; kiedy podnoszą się fale, dotykam dna czubkami palców, żeby złapać ustami powietrze. Krztuszę się czasem, jak inni. Brzeg jest coraz bliżej, coraz łatwiej się idzie, ale sieć robi się coraz cięższa, coraz trudniej ją ciągnąć. Coś się w niej wije, miota, coś wciąż woła. Trzymamy mocno krańce sznurów. Morze oblewa mnie już tylko do pasa, poźniej odkrywa uda, kolana, moja sukienka wygląda jak druga skóra, kwiecista skóra z rzędami pereł. „Spójrz na mnie”, mówię bezgłośnie, wpatrując się w Twoje plecy.

Stajemy na brzegu, resztką sił wyciągamy na plażę ogromne morskie brzemię. Leży przed nami. Oddycha.

Sięgasz po latarnię, przesuwasz się z nią powoli, a światło wędruje po napiętej sieci. Zdejmujemy z niej długie wstęgi wodorostów, wysuwamy srebrne ryby i twarde pancerze krabów, gałęzie koralowców i zielone muszle. Ktoś podnosi kępkę alg, a pod nią ukazuje się półprzymknięte turkusowe oko, wielkości talerza.

– Wypuśćcie mnie – woła podwodny głos, a z oka wypływa przejrzysta łza.

Stoimy kręgiem wokół sieci, ja od strony morza, mam stopy zanurzone w wodzie. Nasze dłonie leżą na splątanych sznurach, unoszą się i opadają, w rytm głębokiego oddechu.

– Nie bój się, Wenilio, jesteśmy tu dla ciebie – mówisz do wielkiego oka, które wcale nie patrzy w Twoją stronę, jest zawieszone w próżni. Kobieca postać leży nieruchomo, nie wiemy gdzie kończy się jej twarz, gdzie spoczywają ramiona.

Nie słucha Ciebie, śpiewa. Jej głos płynie z morskich trzewi, z głębin nocy. Nie rozumiemy słów, ale wiemy, że pieśń mówi o rozstaniu i włóczędze, o rozdartych żaglach, o wyspach, które wyłaniają się z otchłani kiedy zachodzi słońce i znikają wraz z nadejściem świtu. Śpiew jest donośny, ale na wybrzeżu nie ma innych uszu niż nasze. Chcę zasnąć w tej pieśni, chcę być częścią jej smutnej opowieści, czuję, jakby kołysała w ramionach całą plażę i las, morze, cały świat.

Wreszcie cichnie; pieśń urywa się, głos zaczyna szlochać. – Wypuśćcie mnie – powtarza bezsilnie.

– Jesteśmy tu dla ciebie – pochylasz się nad nią jak nad sennym dzieckiem. – Zabierzemy cię gdzie indziej, tu już nie jesteś bezpieczna, idą inne czasy. Idą inne czasy – mówisz powoli, łagodnie, przekonany, że Cię rozumie. Powieka unosi się wtedy w górę, turkusowe oko obraca się w stronę Twojej twarzy.

– Przynieśmy jej coś do jedzenia – proponuje ciemnowłosa dziewczyna i wszyscy się z nią zgadzają. Wrócą do stołu, poukładają w koszu owoce i bułeczki z oliwkami, których zostało jeszcze sporo, może jeszcze wino, i złożą to wszystko u jej stóp.

– Ktoś musi zostać na straży, na wszelki wypadek – mówi chłopak w słomkowym kapeluszu.

– Ja zostanę – od razu się zgłaszam. – Zostanę z nią przez ten czas. – powtarzam, żeby dodać sobie odwagi. Robię to tylko po to, żebyś choć raz na mnie spojrzał, wypowiedział do mnie chociaż jedno słowo.

Ale moje męstwo na nic się zdaje, patrzysz w stronę biesiadnego stołu, Twoje myśli błądzą gdzieś daleko, daleko od nas. Grupa rusza po mokrym piasku, wzdłuż linii morza, które zdążyło już dawno zmyć ślady naszych biegnących stóp. Stawiasz z nimi kilka kroków, po czym nagle zawracasz, a ja znów czuję ścisk w gardle, serce zaczyna uderzać szybciej: idziesz w moim kierunku. Wpatrujesz się w miękką ziemię pod stopami, pochylony, spokojny. Zatrzymujesz się na odległość wyciągniętej ręki i wbijasz w piasek szklaną latarnię. Zostawiasz mi ją, bo wiesz jak bardzo się boję. Jej płomień rozświetla nasze twarze, zamyka nas w złotą bańkę, poza którą jest tylko ciemność. Przez ten ułamek czasu jest tylko noc i my. I dopiero kiedy odchodzisz, kiedy zostawiasz mnie w bezpiecznym kręgu światła, odwracasz się na jedno mgnienie i spoglądasz na mnie, prosto w moje oczy. Trwa to krócej niż uderzenie serca, po czym znikasz w mroku.

Mija nie wiem ile oddechów, ile uderzeń fal o moje nieruchome stopy. Oczekiwanie związuje się zawsze w twardy supeł, można po nim wodzić palcem, obracać w dłoni jak kamień. Wszystko dzieje się wolniej, ciszej, wzrok i słuch wyławiają z przestrzeni detale, których na co dzień nie bylibyśmy skłonni zauważyć. Ciężki biały ptak, podobny do mewy, opada na plażę, przechadza się po mokrym piasku; piasek połyskuje w chybotliwym świetle latarni, ślady, które zostawia ptak, zapadają się matowym cieniem. Morze napełnia je od razu, rozmywa, zaciera.

Spod splotów sieci słyszę równy oddech śpiącej kobiety. Wsuwam palec między sznury, powoli, ostrożnie, opuszczam go coraz głębiej, aż dotyka żywej skóry. Jest miękka jak jedwab, ciepła, mimo nocnego chłodu.

Wracacie! Najpierw słyszę tylko Wasze głosy, później widzę coraz wyraźniej wąskie sylwetki na tle dalekich światełek biesiady. Wracacie, niesiecie szeroki kosz, z którego wypadają owoce, kiedy stopy zapadają się w piasek i tracicie równowagę. Nikt się nie zatrzymuje, nie szuka zguby, idziecie dalej.

Zaczynam rozróżniać kontury Waszych ciał. Niesiesz na ramieniu torbę, związaną w tobołek. Czuję jak niepokój pełznie mi po plecach, ale może niepotrzebnie. Stałam sama na straży, na pustej plaży, na krawędzi bezkresnej nocy! Śledzę w milczeniu każdy Wasz ruch. Stawiacie kosz na ziemi, chłopak w kapeluszu prostuje się i wyciąga z kieszeni zakrzywiony nożyk, zaczyna nim rozcinać sieci. I właśnie wtedy, w tej samej chwili, zsuwasz z ramienia zawiniątko, rozkładasz fałdy płótna i wyjmujesz z nich małą książkę w zielonej obwolucie. „Nie rób tego!”, zdążam tylko pomyśleć, ale jest już za późno: chwytasz dłonią róg okładki, otwierasz książkę, a ja rzucam się na nią całym ciałem, i wszystko znika.

Katarzyna rozejrzała się wokół siebie przerażona. Stała na środku pokoju, który tego lata miał być ich wspólną sypialnią. Za oknem wisiała ciemna noc. Dziewczęta leżały na łóżkach i hamakach i wpatrywały się w nią zaciekawione. Laura schowała za plecami małe zwierciadełko. Co to było? Oddychała szybko, czuła w ustach ziarenka piasku i słony smak morza. Nie mogła się uspokoić.

– Która z Was to zrobiła? – zapytała, ale żadna z nich nie odpowiedziała ani słowem.

Dodaj komentarz