Rozdział drugi

A my w lipowym usiądziemy chłodzie

(Akt I, scena III)

Letnie dni zawisały o świcie nad senną ziemią i trwały tak aż do zmierzchu, który nadchodził leniwie, z ociąganiem, jakby czas nie chciał płynąć, tylko kołysać się bez końca nad dojrzewającym zbożem, nad łąkami pszczół i motyli, nad cichymi sadami. Nocą ścieżki przenosiły się na nieboskłon, rozlewały w Drogę Mleczną i tysiące gwiazdozbiorów, po których można było wędrować palcem. Po tamtej dziwnej przygodzie Katarzyna długo leżała wpatrzona w okno, roztrzęsiona, z niespokojnym sercem, i nie mogła zasnąć. Miała ogromny żal do sióstr, że przeszkodziły jej w tak ważnej chwili, że wrzuciły ją bez zapowiedzi w wir uczuć, które były jej obce, z którymi zupełnie nie mogła sobie poradzić! Kolejne noce były już spokojniejsze, ale nadal bezsenne.

Co do gości, zasypiali jak dzieci po długiej zabawie, ledwie złożyli głowy na poduszce. Rano budziła ich domowa krzątanina, noce jednak były ciche, aż za ciche. Gospodynie szeptały najpierw uparcie, o coś się spierały, ale zawsze przed północą rozmowa cichła i z ich sypialni nie dochodził już żaden odgłos, aż do świtu. Czasem po parapetach chodził czarny kot, wsuwał się na chwilę przez otwarte okna, patrzył na śpiące twarze. Aleksander obudził się kiedyś i wydało mu się, że kot zeskoczył z krzesła, które stało przy jego łóżku. Od razu potem zasnął i następnego dnia już nic nie pamiętał.

W ciągu tych dni zmieniły się dwie rzeczy: po pierwsze, jeden z gości za którymś razem pomylił się i odezwał do gospodyni po imieniu, w związku z tym stwierdzono, że skoro i tak mają mieszkać przez całe lato pod jednym dachem, mogą porzucić formy grzecznościowe i zwracać się do siebie jak dobrzy znajomi. To ułatwiło później wiele spraw. A po drugie, przestano wspólnie przesiadywać na ganku. Nowym miejscem dla przyjezdnych stała się szeroka polana pod lipami, gdzie nawet w najbardziej upalnej porze dnia łatwo było o cień i o chłodny powiew wiatru. We wrześniu szykowano tam wiejskie biesiady i potańcówki, tam też będzie można wystawić Balladynę w czasie Święta Jabłek. Plan był więc gotowy. Trzeba było zacząć budować scenę i, przede wszystkim, przeczytać tekst.

Spędzali więc całe dni na polanie. Leżeli w trawie, zrywali długie źdźbła i gryźli je powoli, wysysając zielone soki. Filon zamykał czasem szerokie paski trawy w splecionych dłoniach, napinał je i dmuchał z całej siły, i z tej polnej okaryny płynęła wtedy stara, prosta melodia na dwie nuty.

Z polany dobrze widać było chatę i drogę z miasteczka. Przez cały tydzień do schroniska przychodzili mieszkańcy, niektórzy wcześnie rano, inni pod wieczór, czasem podjeżdżali wozem zaprzężonym w konie, czasem przybiegali, ledwie łapiąc oddech. Zawsze przynosili ze sobą jakieś zawiniątka, koszyczki. Dziewczęta podawały im coś przez okno, albo wpuszczały ich do środka, ale nigdy na długo. Czasem stały z nimi jeszcze przez chwilę na ganku i rozmawiały, albo słuchały ich opowieści. Szeptały im do ucha.

– Chyba gotują dla całego miasteczka – komentował Bogumił z niedowierzaniem.

Przypatrywali się wszystkim z oddali, rozpoznawali ich po chodzie, po pelerynach, po maści koni. Ale nikt z nich nie wyglądał na szpiega, nikt nie był ani trochę podejrzany.

Czytali więc Balladynę, przekazywali sobie książkę z rąk do rąk, żeby każdy po kolei mógł przeczytać na głos jej fragment. Często odpływali gdzieś myślami, albo zasypiali, i trzeba było wracać kilka stron wstecz i przeżywać historię jeszcze raz.

– Przecież my tego nie zagramy. Jest nas tylko pięciu. – powiedział któregoś dnia Konrad.

– Może wybierzemy tylko któryś wątek – zaproponował Aleksander.

– Może bez Balladyny, boję się jej – poprosił Gustaw.

– Balladyna bez Balladyny? – zaśmiał się Bogumił. – To raczej nie przejdzie.

– Właśnie że tak! – ożywił się nagle Filon. – Balladyna będzie gdzieś w tle, będziemy o niej mówić, ale nikt nie zobaczy jak wyciąga nóż, ani jak próbuje zmyć tę plamę z czoła. Tak będzie jeszcze bardziej tajemniczo! – przekonywał innych coraz głośniej. – Każdy wyobrazi ją sobie jak zechce! – szukał wsparcia w spojrzeniu kolegów. – Zróbmy tak! Zagrajmy tylko te części, które dzieją się w lesie, w tej zaczarowanej części lasu.

– To w dalszym ciągu nie rozwiązuje problemu – Bogumił był niewzruszony – bo nie ma komu zagrać Goplany.

Pokiwali zgodnie głowami.

– Ja mogę zagrać Goplanę – niespodziewanie zgłosił się Filon. – Kiedyś przecież mężczyźni grali wszystkie role.

– Pomyślimy o tym – powiedział Bogumił po chwili milczenia i przekręcił się na drugi bok. – Odpocznijmy teraz trochę.

Było spokojne piątkowe popołudnie. Dziewczęta dokądś poszły. Czasem tak właśnie było, wychodziły wszystkie razem, znikały na pół dnia i wracały niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy, po prostu w pewnej chwili znów krzątały się po pokojach, zamiatały, gotowały, podlewały zioła w maleńkim ogródku za domem.

W pewnej chwili Aleksander dostrzegł w oddali czarnego kota, takiego jak ten, który włóczył się nocą po parapetach. Kot biegł drogą prowadzącą z rynku do schroniska, wskoczył na barierkę na mostku, później na płot u kowala, przecisnął się między krzewami na zakręcie i pognał ścieżką do schroniska, jeden skok i już był na ganku, po czym wszedł do środka przez uchylone okno.

Aleksander podniósł się, przeciągnął i postanowił zajrzeć na chwilę do pokoju, gdzie na krześle, w płóciennej torbie, zostawił coś bardzo cennego. Chciał sprawdzić czy kot przypadkiem nie zapragnie bawić się jego rzeczami, wiedział, że to przecież zupełnie nieprzewidywalne zwierzęta. Zszedł powoli ścieżką z polany. Kiedy wstąpił na ganek, deski zaskrzypiały. Usłyszał wtedy ze środka lekki hałas i czyjeś szybkie kroki. Otworzył drzwi, ale w domu nie było nikogo. Wszedł więc do pokoju i podszedł do krzesła, podniósł z niego torbę i znów usłyszał ten sam odgłos. Wybiegł do sieni: przed nim stała Katarzyna, umorusana jakąś ciemną maścią, i popychała przed sobą wielki kocioł. Popatrzył na nią podejrzliwie.

– Wygodniej będzie w takim dużym – powiedziała niepewnie Katarzyna. – Zamiast w kilku mniejszych.

Wyglądała na przestraszoną.

– Przepraszam, nie wiedziałem, że jesteś w domu, zapukałbym – zaczął się tłumaczyć Aleksander, ale machnęła ręką, jakby to było zupełnie niepotrzebne. – Poczekaj, pomogę Ci – zaczął, ale przerwała mu natychmiast.

– Nie trzeba, zostanie na razie tutaj, później się tym zajmiemy.

Stali tak naprzeciwko siebie przez jakiś czas, nic nie mówiąc.

– Chciałbym Ci coś dać – powiedział w końcu Aleksander. Położył torbę na kuchennym stole. Coś się w niej poruszyło, ale nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. – To dla Ciebie, w podziękowaniu za książkę.

Podał jej coś na otwartej dłoni. Wytarła ręce w fartuch, założyła kosmyki włosów za uszy i pochyliła się nad podarkiem. Była to wąska bransoletka z cieniutkich nitek i trawy. Uniosła ją pod światło.

– Piękna. Sam ją zrobiłeś?

– Może – odpowiedział i prawą dłonią zaczął odpinać klapę torby. W tej samej chwili Katarzyna zobaczyła w otwartym oknie, za plecami Aleksandra, rozbawione twarze sióstr, które właśnie wróciły i przyglądały się z ciekawością całej sytuacji. Pokręciła do nich błagalnie głową. Aleksander wysunął z torby zieloną książkę i położył ją na stole. Katarzyna wyciągnęła drżącą dłoń, ale zaledwie dotknęła okładki i uniosła jej róg, poczuła ten sam dziwny dreszcz, co poprzednio, wszystko wokół niej zawirowało i znikło.

Stoję na skraju wiejskiej drogi, kraj spódnicy jest aż ciężki od rosy. Opieram się łokciami o drewniany płot. Deski są zbite krzywo, wbijają się drzazgami w skórę. Na wystających gwoździach wiszą wąskie gliniane dzbanki i płócienne woreczki pełne ziół. Słońce już wędruje wysoko po niebie, ale jest mi chłodno, drżę, czuję jak skóra napina się z zimna. Za płotem widzę podwórze, schludne i przytulne, kury chodzą po zacienionej stronie, malwy kleją się do chaty. Na ławie leży zwinięty obrus, na którym ktoś zaczął haftować kwietne wzory. Tuż obok siedzą trzy kobiety, ich serdaki i fartuchy wyglądają jak papierowe wycinanki. Przed ławą stoi pleciona kołyska, pochylają się nad nią i szepczą między sobą. Co chwilę któraś spogląda na mnie, coś mówi cicho do pozostałych.

Kołyska stoi bliżej ławy niż płotu, ale gdybym się pochyliła, wyciągnęła dłoń mocno przed siebie, mogłabym z łatwością dotknąć jej krawędzi, może dlatego w pewnej chwili młoda dziewczyna, chyba matka, przysuwa kosz do siebie i leciutko gładzi rączkę śpiącego dziecka.

Widzę jego mleczną twarz, jasne usteczka, cieniutkie powieki, ale nie ono przykuwa mój wzrok. W zagięciach wikliny wokół całej kołyski poupinane są wstążki, grube, aksamitne i te lżejsze, jedwabne, i prawie przejrzyste tasiemki z ponawlekanymi świecidełkami, a obok korale z malowanego na czerwono drewna, i wielobarwne nitki. Nie mogę przestać na nie patrzeć. Jest bezwietrznie, ale połyskują w słońcu, brzęczą, szeleszczą.

– Stoi tu od rana – słyszę jak jedna mówi drugiej do ucha. Patrzą podejrzliwie, ale kiedy napotkają mój wzrok, uśmiechają się lekko i bez słowa, i pochylają głowy w umownym ukłonie. Znów o czymś rozmawiają przyciszonym głosem, jakby się czegoś lękały, w powietrzu wisi ich macierzyński niepokój.

Przesuwam się powoli w lewo, żeby stanąć bliżej kołyski. Wyjmuję najpierw obolałe łokcie ze szczelin płotu, wkładam je między sąsiednie deski, później przestawiam stopy, ostrożnie, w zwolnionym tempie, i staję jak wcześniej, podparta, w mokrej trawie, zmarznięta. Nie spuszczają ze mnie oka, śledzą każdy mój ruch, milczą, później znów pochylają się nad śpiącym dzieckiem. Wstążki mienią się w słonecznym blasku, ach, gdyby mieć je dla siebie, wplatać je we włosy, obwiązywać nimi ręce i nogi, dotykać ich kiedy tylko zechcę!

Przychodzi mi do głowy myśl, żeby chwycić kołyskę i uciec z nią, ukraść te błyskotki, pobiec z nimi daleko, tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie. Podnoszę się wolno na palcach, wyciągam przed siebie dłonie, dotykam palcem kosza, naciskam, jakbym chciała go rozhuśtać. Kobiety przyglądają się temu uważnie i właśnie wtedy czuję jak coś się przesuwa po moim ramieniu, coś mnie łaskocze, opada coraz niżej, aż spod mankietu białej bluzki wypływa duża zielonkawa kropla wody. Zauważają to w jednej chwili i zrywają się z ławy.

– Południca! – woła ta najmłodsza z przerażeniem i chwyta dziecko w ramiona.

– Strzyga! – drą się pozostałe w kierunku chaty, z której zaczynają wybiegać inne kobiety.

Bez zastanowienia chwytam kołyskę i biegnę z nią przed siebie, najpierw piaszczystą drogą, później przez pole, prosto w las. Z trudem łapię oddech, wbiegam za szeroki dąb i siadam na chwilę na ziemi, żeby odpocząć. Owijam sobie wstążki wokół palców, przykładam je do policzków. Nierówne szkiełka świecą teraz na zielono, odbijają liście i sosnowe igły. Potrząsam kołyską, zaczynają wtedy dzwonić, obijają się o siebie, czasem w tych maleńkich lusterkach pojawia się na mgnienie moja szczęśliwa twarz.

Nagle od wsi słychać krzyki: wychylam się zza pnia i widzę tłum biegnących kobiet, a między nimi księdza z rozhuśtanym kadzidłem, dym unosi się w górę i chociaż są jeszcze daleko, czuję jak pełznie przez powietrze, zaczyna mnie piec, parzyć, muszę uciekać zanim wypali mi skórę.

Zrywam się i ruszam znów przed siebie, nie zważając na korzenie, które przyjmują miękko moje stopy. Ślizgam się po nich, pędzę coraz szybciej, tasiemki, nitki plączą się w tym szaleńczym wirze, unoszą i opadają, nie przestaję się w nie wpatrywać z wielkim, nieziemskim zachwytem.

Już jestem nad rzeką, odwracam się, wiejski orszak gna gdzieś w oddali, przyciskam więc do piersi kołyskę i wchodzę do wody, coraz głębiej, aż zakryją mnie fale. Wreszcie jestem spokojna. Poddaję się rzece, opadam. Oplątuję stopy kępą śliskich wodorostów, żeby trzymały mnie blisko dna. Koło mnie od razu zaczyna się roić od innych dziewcząt. Podpływają ze wszystkich stron, woda nadyma ich kolorowe spódnice jak żagle. Włosy wiją się i plączą między sobą. Wyciągają ręce do kołyski, zaglądają do jej wnętrza, chwytają krańce wstążek i ciągną je do siebie, próbują związać je z tasiemkami, którymi owinięte są w pasie, wokół szyi, chrzęszczą koralami, podają sobie wisiorki i koraliki i znów odbierają. Robi się tak ciasno, że nie widać dna, ani  ryb, ani wodorostów, tylko warkocze, zapaski, białe bluzki. Śmieją się, śmieją, i mnie też udziela się ten śmiech, jesteśmy ławicą urocznic, bawią nas sprawy próżne, cieszą okruszki baśniowych skarbów, które kiedyś można było bez trudu znaleźć na dnie rzeki.

Niespodzianie od brzegu spada na nas purpurowa łuna, rozlewa się po wodzie. Dziewczęta uciekają z sykiem od tej plamy, usuwają się w zieleń. Podpływamy razem pod powierzchnię, światło coraz bardziej razi nas w oczy, ale czujemy je też na skórze, nadgryza nas, wypala podłużne rany. Wysuwamy czoła i oczy nad linię wody. Na brzegu stoi ksiądz ze złotym kadzidłem i śpiewa coś donośnym głosem, a z nim kobiety, szczelnie owinięte w chusty, jak bochenki chleba, żeby tylko nasz urok nie sięgnął ich twarzy. Śpiewają, a woda aż skwierczy od ich modlitwy, która płynie przeciw nam, która nie chce nas na tym świecie, która nas nie rozumie.

I wtedy dostrzegam Ciebie. Stoisz w tej gromadzie, na skraju rzeki, i próbujesz mnie rozpoznać wśród tumanu skłębionych włosów. Masz w dłoni książkę z zieloną okładką. Trzymasz ją kurczowo, wyciągasz rękę w naszą stronę, potrząsasz nią, jakbyś chciał mnie zwabić. W Twoich oczach widzę strach. Zaczynam się śmiać, podnoszę wysoko ramiona i nad powierzchnią rzeki fruwają teraz kolorowe wstążki, tasiemki, korale, a wśród nich pleciona bransoletka, którą mi podarowałeś, potrząsam nią, „tu jestem!”, wołam bezgłośnie, „przyjdź po mnie!”, ale z moich ust wypływa jedynie śmiech, a Ty znów uciekasz: unosisz okładkę i wszystko, wszystko znika.

Katarzyna stała na środku pokoju, nieprzytomna ze zmęczenia, z zimna, ze strachu, ledwie trzymała się na nogach. Dziewczęta siedziały na podłodze i wpatrywały się w nią wyczekująco. Laura schowała za plecami małe zwierciadełko, ale zanim to zrobiła, Katarzyna dostrzegła w nim swoją pomniejszoną postać, ściskającą plecioną kołyskę. Tym razem nie wytrzymała, rzuciła się przed siebie na oślep i z całą mocą zaczęła targać siostrzane włosy.

Dodaj komentarz