Matko, w lesie są maliny,
Niechaj idą w las dziewczyny.
(Akt I, scena III)
Kiedy już opadł wieczorny gniew i udało się rozplątać wszystkie kołtuny, dziewczęta usiadły na wilgotnej trawie i, jedna przez drugą, zaczęły opowiadać od początku całą historię, chociaż wykrzyczały ją już wcześniej, w urywanych słowach, podczas szarpaniny. Katarzyna musiała przecież wiedzieć, że nie mają z tą sprawą zupełnie nic wspólnego! Chciały ją tylko chronić, dlatego śledziły ją w zwierciadełku, ale żadnej z nich nie przyszłoby nawet do głowy, żeby zrobić jej podobny żart.
– Nigdy byśmy czegoś podobnego nie zrobiły, wiesz o tym – powiedziała z powagą Barbara. Katarzyna westchnęła i położyła się na trawie, patrząc w nocne lipcowe niebo.
– Ta książka ma w sobie coś dziwnego. Nie wiem co to za czary.
– Myślę, że on też nie wie – dodała Laura. – Nosi ją przy sobie, bo wie, że jest niezwykła, ale nie ma pojęcia czym jest tak naprawdę.
– Może wie – mówiła dalej Katarzyna – tylko niepotrzebnie się w to wplątałam. Za pierwszym razem sama otworzyłam książkę. Nie mogłam się powstrzymać, poruszała się, jakby była żywa, wy też to widziałyście, prawda?
Przytaknęły.
– Musisz zacząć panować nad swoją ciekawością, nie wiadomo dokąd Cię może kiedyś zaprowadzić. – Barbara była stanowcza. Spojrzała na księżyc. – Już późno, jutro się tym zajmiemy, coś wymyślimy, zobaczysz – poklepała ją po głowie.
Później, jak co wieczór, chwyciły się za ręce i zaczęły obracać w powolnym tańcu, w nocnym kręgu, nucąc prostą piosenkę, tę samą, którą za dnia Filon grywał na źdźbłach trawy. Melodia rozpływała się po lesie, po polanie, po miasteczku, mieszała się ze snami i z jabłkowym sokiem zamkniętym w butelkach, i naprawiała wszystkie poplątane sprawy, układając je w nowe wzory. Tym, którzy utknęli w miejscu, przypominała, że wszystko jest ze sobą powiązane, i że życie jest ciągłą, nieustającą wędrówką.
Przez kolejne dni aktorzy przymierzali się do swojej pierwszej sceny. Codziennie przekazywali sobie książkę i czytali swoje kwestie po kilka razy, ale nie byli w stanie nauczyć się ich na pamięć. Jedynie Filon zdołał opanować tekst jak należy i powtarzał go z coraz większym zaangażowaniem.
– Narwij mi róż, Chochliku! Poleciał mój wianek. – rozkazywał Gustawowi, który był najwyższy i najmocniej zbudowany w całej jednostce. Filon przytrzymywał jedną dłonią niewidzialne warkocze, a drugą podrzucał białe prześcieradło, służące im jako kostium dla każdej postaci.
– Już się zaczyna – mruczał Chochlik, i od razu widać było, że jest stworzony do tej roli. Nikt nie był w równym stopniu zniechęcony i marudny.
Historia toczyła się na środku polany, Goplana i jej pomocnicy czekali na Grabca, którym był Aleksander, a kiedy tylko ten się pojawiał, Filon nakazywał Bogumiłowi:
– Bądź niewidomym, Skierko! – i Bogumił znikał za rozwieszonym na gałęzi prześcieradłem. Szło im średnio, ale mieli przed sobą jeszcze całe lato! Kładli się więc w trawie kiedy tylko mieli na to ochotę i gadali o sprawach dalekich od miasteczka, albo zamyślali się o tych jeszcze bardziej odległych.
Dziewczęta przyglądały im się z okna, albo z ogrodu.
– Ciekawe dlaczego ani razu nawet nie wspomniał mi o tych przygodach – mówiła Katarzyna któregoś popołudnia.
– Skąd wiesz, że on je w ogóle widzi? – zapytała Aldona. Nie zdążyła jednak powiedzieć nic więcej, bo oto na drodze, tuż za zakrętem, pojawili się trzej mężczyźni, których żadna z nich wcześniej nie widziała w tej okolicy. Mieli doklejone wąsy, wszyscy takie same, długie, ciemne, zakręcone na końcach. Szli dziwnie, trochę utykając. Kciuki mieli wsunięte w małe kieszonki kamizelek, nogawki wywinięte i wilgotne od rosy. Z ust zwisały im solidne, wykrzywione fajki. Wyglądali jak postać ze starej powieści, którą ktoś wyciął trzy razy i podkleił sztywnym kartonem.
Aleksander również ich dostrzegł, zbiegł pierwszy z polany, za nim nadciągała reszta trupy. Katarzyna stała już na ganku, zaciekawiona nowymi przybyszami.
– W czym możemy pomóc? – zapytała.
– Hahaha – zaśmiał się jeden z mężczyzn, a zabrzmiało to jakby chciał zawołać „przykro mi bardzo, ale nie jest Pani w stanie pomóc nam w tym, co robimy!”.
– Hohoho – zawtórował mu drugi, jakby mówił „tak, ludzie nie zdają sobie zupełnie sprawy z tego kim jesteśmy”.
– Hehehe – podsumował trzeci, nie wiedząc co powiedzieć, i poszli dalej.
Aleksander stał w milczeniu i wpatrywał się w sylwetki nieznajomych, z niedowierzaniem kręcił głową.
– Nie odezwali się ani razu, żebyśmy nie mogli rozpoznać, że przybywają z bardzo daleka! – powiedział wreszcie. – To oni, mam przeczucie, że to oni! – powtarzał z zadowoleniem.
– Jacy oni? – zapytała Katarzyna.
Wówczas Aleksander przypomniał sobie, że misja jest tajna i że gospodynie nic o niej nie wiedzą, i dobrze by było, żeby nadal nie wiedziały.
– Jacy oni? – zapytała Katarzyna raz jeszcze. Trzeba było coś szybko odpowiedzieć, albo umiejętnie zmienić temat! Co robić? Nie miał pojęcia jak z tego wybrnąć i w panice zrobił pierwszą rzecz, jaka mu przyszła do głowy: sięgnął do torby i wyjął z niej zieloną książkę.
Opieram się o ścianę, o chłodny mur. W półmroku rozpoznaję kształt fotela z wygiętym oparciem, wysokiej ażurowej lampy, uchylonej szafy. Na szafie wisi suknia: ją też poznaję, prababka dostała ją w posagu razem ze szkatułką pierścieni. Suknia przeleżała pół wieku w dębowej skrzyni, zanim ktokolwiek odważył się ją przymierzyć. Kolejne pół wieku później szłam w niej przez środek katedry, po purpurowych splotach, zatapiałam szklane obcasy w królewskich kobiercach. Służki unosiły wysoko jasny welon, żeby każdy mógł docenić filigranową robotę flamandzkich mistrzów, którzy wyhaftowali na nim scenę wesela w Kanie Galilejskiej. Trzymałam dłonie blisko sukni, znałam na pamięć jej perłowe labirynty, wodziłam po nich palcami, wnętrzem dłoni, żeby się nie bać, żeby pamiętać kim jestem.
Podchodzę do szafy, wyciągam dłoń, są tam nadal, wiją się wzdłuż krawędzi, nad równymi plisami, przy każdym marszczeniu. Atłas jest chłodny, ale miękki, znajomy, czuję wielki spokój, kiedy wędruję dotykiem po tej ciężkiej, pradawnej sukni. Tuż nad nią zawieszony jest welon, ktoś przewiązał go jedwabną wstęgą. Czy to ja? Nie pamiętam.
Przez okno nie wpada żadne światło, ani słoneczne, ani księżycowe. Na parapecie zarysowują się kontury wazonów i dzbanków, pełnych kwiatów. Podchodzę do nich: płatki szeleszczą, kiedy próbuję je chwycić, kruszą się, rozsypują.
Wnętrze jest mi tak dobrze znane, a jednak jest w nim coś odmiennego, coś, czego nie potrafię sobie uświadomić. Słucham pogłosu moich własnych kroków, przemierzam domowe przestrzenie, od mebla do mebla, od klamki do ramy, od świecznika po okrągłą poduszkę, na której leży rubinowy wisior. Tyle razy obracałam go na złotym łańcuszku, całowałam, żeby zakląć chwilę, odsunąć choć trochę to, co nieuniknione.
Coś każe mi zawrócić. Znów staję przed szafą, rozpinam czarny płaszcz, zsuwam go z ramion, z bioder, wyjmuję z niego bose stopy. Moja skóra jest biała jak papier. Szorstka jak papier. Sięgam po ślubną suknię, wsuwam ją przez głowę, po omacku szukam rękawów. Rozprostowuję ją powoli, opada na posadzkę warstwa po warstwie, najpierw jedwab, później krochmalone koronki, wreszcie wyszywany atłas; perły uderzają o siebie leciutko. Zbieram włosy w kok, zaplatam je luźnym kosmykiem. Rozwiązuję welon, który otwiera się jak potężny wodospad. Układam diadem nad czołem, wsuwam wąskie grzebyczki w upięte włosy. Welon spływa mi teraz po plecach. Jestem gotowa.
Zrywa się wiatr, otwiera drzwi, wychodzę więc do ogrodu. Znam go na pamięć. Ogromny orzechowiec uderza gałęziami w okno, jabłonie i śliwy szumią zeschłymi liśćmi. Po lewej stronie, przy murze, stoi fontanna z zamyślonym aniołem. Jest sucha, zakurzona, woda nie zostawiła na niej żadnego śladu.
Wtedy uświadamiam sobie co się zmieniło. Wszystko ułożone jest na odwrót. Fontanna stała zawsze na prawo od furtki, do domu wchodziło się od strony drzew, ale rosły one teraz po przeciwnej stronie, i rzeczywiście zacieniały drzwi, ale i te ustawione były odwrotnie. Przypominam sobie wnętrze: szafa stała na lewo od fotela, rubin miał małą skazę od strony serca, oblubienica na welonie podawała mężowi prawą dłoń. Ktoś wszystko pozmieniał, poprzestawiał.
Muszę iść dalej. Wiatr jest coraz silniejszy, ale w tym wirze, w tym skowycie, słyszę z oddali moje imię. Wołają mnie. Otwieram furtkę ogrodu, która też przymocowana jest nie po tej stronie, co zawsze, furtka skrzypi: nie wychodzę jednak na ulicę. Staję u szczytu wysokich, wąskich schodów. Zaczynam stawiać niepewne kroki, podwijam suknię, żeby się w nią nie zaplątać. Im głębiej wchodzę w tunel, tym większa wypełnia go cisza. Echo powtarza każdy odgłos wiele razy, coraz słabiej, aż dźwięk ginie gdzieś w dole, w ciemności. Coraz wyraźniej słyszę moje imię, ktoś mnie przyzywa, ktoś przyciąga mnie do siebie złą, zniewalającą mocą.
Jestem zmęczona. Chcę wrócić do siebie, do moich zardzewiałych skarbów, chcę, żeby ucichł ten nagły wiatr, żeby minął niepokój. Chcę chodzić po suchej trawie mojego ogrodu, nie widzieć nikogo, z nikim nie rozmawiać. Ale teraz muszę iść, schodzić coraz niżej, na dno, które teraz zaczyna się blado rozświetlać. Widzę jakieś cienie, długie cienie, prawie nieruchome, na skrawku udeptanej ziemi, oblanej słabym światłem. Zstępuję w ten pas światła.
Następuje wtedy niespodziewane poruszenie. Mężczyzna w czarnym stroju zrywa się z drewnianego klęcznika i rusza w moim kierunku, biegnie kilka kroków, nierówno, w zamęcie, wyciąga do mnie ręce, i już prawie chwyta mnie w ramiona, kiedy nagle uderza w niewidzialną ścianę, która nas dzieli. Szklany prostokąt, do którego przykleja teraz zapłakaną twarz, na którym rozpościera dłonie. Ktoś stojący tuż za nim kładzie mu dłoń na ramieniu, coś mówi szeptem, żeby go uspokoić, ale ten go nie słucha, uderza pięściami w szybę, woła mnie, każe mi do siebie przyjść.
Boję się tego świata. Dotykam palcem szkła i czuję, że będzie mnie chronić. Podchodzę więc bliżej, kładę dłonie na szklanej powierzchni, przysuwam do niej oczy. Jak przez mgłę widzę coraz więcej znajomych sprzętów, uchyloną szafę z przewieszonym welonem, fotel, mój rubinowy wisior na aksamitnej poduszeczce. Poznaję ramę naszego zwierciadła, która wygina się nade mną w szwajcarskie girlandy.
– Przemów! – słyszę nagle Twój głos. To Ty stoisz za żałobnikiem, co za dziwaczny strój! Kaftan cały w cekinach, w uszach dwa półksiężyce, suknia obszyta świecidełkami. Przed Tobą leży księga, trzymasz nad nią srebrny patyczek, który drży i obraca się we wszystkich kierunkach.
Ogarnia mnie gniew, jestem na Ciebie zła, że wyrwałeś mnie ze spokojnej krainy i kazałeś wrócić do ludzi, o których zdążyłam zapomnieć, rozdrapać ból, który już się ukoił! Czuję jak moja twarz drętwieje, otwieram szeroko oczy, z ust wydobywa się straszliwy krzyk, pisk, głos, który nigdy do mnie nie należał. Mężczyzna w czerni jest przerażony, zatyka sobie uszy otwartymi dłońmi, coś woła, modli się, ale nie słyszę go, ani Ciebie, Twoich zaklęć, które odczytujesz ze starej księgi. Chcę zawrócić, wbiec po schodach do domu, zrzucić z siebie welon i te nowe wspomnienia, ale nie chcesz mnie uwolnić, nie, trzymasz mnie tuż za szkłem. Dopiero kiedy dostrzegasz łzę, która wypływa mi spod powieki, opuszczasz wzrok, odkładasz srebrny patyczek. Spod kart księgi wyciągasz zieloną książkę z podniszczoną okładką, otwierasz ją szybko, jakbyś nagle wszystkiego pożałował, i cała komnata rozpływa się w mroku.
Katarzyna stała przy oknie, wśród zatroskanych sióstr, zmęczona i smutna.
– Nic z tego nie rozumiem – powiedziała, a dziewczęta objęły ją mocno, szepcząc słowa otuchy.
Później zapadła cisza, noc rozciągnęła się nad miasteczkiem jak cygańska chusta. Aleksander patrzył przez chwilę na te gwiezdne cuda, po czym zasnął, ale zanim zamknął oczy, już w półśnie, zobaczył jak z domu wybiega pięć czarnych kotów: zeskoczyły na ziemię i pobiegły w kierunku polany.
Dodaj komentarz