Rozdział czwarty

Ten sen nic nie znaczy…

(Akt II, scena I)

Popołudnia pachniały teraz gorącą konfiturą. Dziewczęta obierały całe kosze jabłek, kroiły owoce na plasterki i wrzucały je do kotła. Posypywały je uroczyście cukrem, jakby to był magiczny pył, i długo mieszały drewnianymi chochlami. Konfitury skwierczały i złociły się, kiedy przez okno zaglądało senne słońce. Wymieniały się czasem przy tej czynności, żeby żadnej z nich się nie nużyło.

– Nie rozumiem dlaczego wciąż ucieka, zostawia mnie w takich zimnych miejscach, nie wiem o co mu chodzi – mówiła któregoś dnia Katarzyna, obracając w dłoni drewnianą łyżkę.

– Porozmawiaj z nim – doradziła jej wtedy Barbara. – Na pewno jest coś, o czym nie wiemy.

– Moim zdaniem on nie ma o niczym pojęcia – upierała się Aldona.

– Szszsz… ktoś idzie – powiedziała cicho Barbara.

Zaskrzypiały deski na ganku i do chaty wszedł Aleksander. Stanął w sieni, przeciągnął się. Spojrzał na gotujące siostry.

– Zapach wypływa aż na polanę – uśmiechnął się na myśl o słodyczy, którą już niedługo poczuje w ustach. Kiedy był małym chłopcem, lubił siadać na kuchennym parapecie i czekać aż babka zdejmie z pieca wielki miedziany gar; smażyła jabłka, maliny, śliwki, morele, wszystko to, na co udało jej się wymienić plecione bransoletki. Stawiała ciężki gar na okrągłej desce. Aleksander zeskakiwał wtedy na podłogę i podbiegał do stołu, wdrapywał się na chybotliwy stołek i zanurzał łyżkę do zupy w gorącej, pachnącej konfiturze. Byli sami na świecie i ta chwila była dla nich za każdym razem ucztą. Aleksander przenosił się myślami w dalekie szczęśliwe krainy, a babka łagodnie patrzyła na błogi uśmiech wnuczka, i też była szczęśliwa.

Dziewczęta nic nie odpowiedziały, tylko mieszały dalej, w jeszcze większym skupieniu, ale zadowolone z tych słów uznania. Zawsze łatwiej jest szykować rzeczy, kiedy wiemy, że ktoś na nie czeka.

Popatrzył jeszcze przez chwilę na tę kuchenną sielankę, po czym z zaciekawieniem zaczął spacerować po domu. Podłoga uginała się pod nim, jakby deski trzymały się razem resztką sił. Dziewczęta spoglądały na siebie, nasłuchując. Aleksander poszedł spokojnie w kierunku swojego pokoju, ale później zawrócił i ruszył przez środek sieni prosto do wąskich schodków, nieoświetlonych, zastawionych miotłami, po których nigdy nikt nie wchodził, ale z których czasem zbiegała któraś z gospodyń. Trzy schodki, a nad nimi niskie drzwiczki. Postawił stopę na pierwszym stopniu, dziewczęta przestały mieszać i czekały nieruchomo co się wydarzy. Drugi krok, trzeci, położył dłoń na drzwiczkach i lekko je popchnął. Katarzyna zamarła.

Aleksander nie zdążył jeszcze wsunąć głowy do pokoiku, kiedy ze środka dobiegł go okrzyk. Laura zerwała się na równe nogi. Przed nią na okrągłym stoliku leżała ogromna szklana kula. Tuż za nią otwarta książka, pełna plam i zapisków.

– Nie chciałem Cię przestraszyć! – zawołał Aleksander, rozbawiony, i rozejrzał się po pomieszczeniu. Na półkach, w skrzyniach, na stołkach leżały rozmaite rupiecie, trochę przykurzone, całe sterty gratów i przedziwnych sprzętów, w godnym podziwu nieładzie. Stryszek tak bardzo różnił się od reszty schroniska! – Co to takiego? – spojrzał z zaciekawieniem na szklaną kulę.

Laura stała chwilę bez słowa i bezradnie zaciskała pięści.

– Szkło powiększające – odpowiedziała bez przekonania, jakby sama nie wiedziała w co się przed chwilą wpatrywała. – Bez niego nie daję rady – dodała słabym głosem.

– Nigdy takiego nie widziałem. Piękna robota.

Podszedł bliżej i pochylił się nad kulą. Stała na misternie rzeźbionej podstawce w kształcie… tak, kurzej łapki, nie mylił się, chociaż w pokoiku panował półmrok. Rzeczywiście, kiedy spojrzało się przez szkło, litery w książce stawały się o wiele większe, a rysunki wydawały się piękniejsze, miał nawet przez chwilę wrażenie, że się poruszają.

– Może pójdziemy wszyscy poczytać na polanę? – zaproponowała pośpiesznie Maryla, której Aleksander wcześniej nie zauważył. Stała oparta o półkę z książkami i ściskała w dłoni dwa spore tomy.

– Chodźmy – zawołała wesoło Laura i z ulgą wybiegła do sieni. Dziewczęta już tam na nią czekały.

– Musisz teraz zabrać kulę ze sobą – szepnęła jej do ucha Maryla, która wybiegła tuż po niej. Laura westchnęła i zawróciła, a tymczasem Aleksander i reszta gospodyń ruszyli ścieżką pod górę, w kierunku polany.

Tego dnia lipiec szumiał w wysokich trawach, pochylał je blisko ziemi i rozczesywał jak długie, gładkie włosy. Trawy kołysały się, unosiły i opadały, poddawały się letniej melodii i szeptały ją na swój sposób, jedna przez drugą, aż po skraj lasu.

– Dlaczego zawsze uciekasz, kiedy pokazuję Ci tego kota? – zapytał nagle Aleksander. – Boisz się go czy co? – zaśmiał się.

Katarzyna przystanęła.

– Kiedy pokazujesz mi kota? – nie miała pojęcia o czym mówi. – Jakiego kota?

– Tego na pierwszej stronie – odpowiedział i poklepał dłonią przewieszoną przez ramię torbę. – Za każdym razem, kiedy Ci go pokazuję, od razu zamykasz oczy i biegniesz do siebie. Nie uważasz, że wygląda tak samo, jak Wasze koty?

– W ogóle sobie nie przypominam żadnego kota – wymamrotała Katarzyna i znów zaczęła iść przed siebie. W głowie miała mętlik. Nie wiedziała czy Aleksander mówi poważnie, czy robi sobie z niej żarty, i ta druga myśl bardzo jej się nie spodobała. – To książka o kotach? – zapytała.

Tym razem Aleksander wyglądał na zdumionego.

– Przecież widziałaś, nic w niej nie ma, puste kartki.

– Po co wozisz ze sobą pustą książkę? Myślałam, że to jakiś poradnik dla aktorów.

– To bardzo dziwna historia – podrapał się po głowie Aleksander i usiadł w trawie, pod lipą, z dala od reszty towarzystwa. – Może mi nie uwierzysz, ale spotkałem kiedyś człowieka, który twierdził, że jest c z a r o d z i e j e m. Pomogłem mu w pewnej sprawie i w zamian za to podarował mi tę książkę, a właściwie mi ją p o ż y c z y ł. Powiedział, że jest niezwykle cenna, że opowiada bez przerwy historie i zatrzymuje się dopiero, kiedy ktoś wsunie w nią zakładkę. Tę zakładkę – dotknął palcem bransoletki, którą niedawno podarował Katarzynie. – Powiedział, że ta książka pomoże mi, uważaj teraz, pomoże mi odkryć czym jest miłość – te ostatnie słowa wymówił sztucznie podniosłym głosem, żeby podkreślić jak mało w nie wierzy, ale też żeby ukryć pewne zakłopotanie. – Kiedy już się dowiem, zgłosi się po odbiór – rozłożył ręce w końcowym ukłonie.

– Robisz na mnie eksperymenty? – zapytała po chwili Katarzyna.

– O czym Ty mówisz? – zaśmiał się.

– Ciągasz mnie po tych wszystkich historiach i za każdym razem uciekasz, zostawiasz mnie samą!

Aleksander śmiał się przez chwilę, przekonany, że Katarzyna go przedrzeźnia. Ale kiedy dotarło do niego, że mówi całkiem poważnie, poczuł się prawie urażony.

– To przecież bzdura, chyba w to nie wierzysz? Co Ty w ogóle mówisz? – przy każdym pytaniu dziwił się coraz bardziej. – Chyba nie myślisz, że ten człowiek naprawdę był czarodziejem?

– Byłam przecież w tych opowieściach i Ty też tam byłeś – wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy.

– Coś z Tobą nie tak – śmiał się Aleksander. – Nie ma takich rzeczy na tym świecie.

– Tak? To zaraz Ci pokażę.

Katarzyna podniosła się, chwilę zawahała, rozejrzała wokół. Całe towarzystwo siedziało już na polanie. Aktorzy czytali Balladynę, a dziewczęta leżały w trawie z książkami, zatopione w kto wie jakich przygodach, jedynie Laura wierciła się niecierpliwie i skarżyła szeptem dziewczętom, że czytanie przez szklaną kulę to żadna zabawa, bo od razu widzi zakończenie każdej rozpoczętej historii. Nikt nie patrzył w ich stronę, zdecydowanym ruchem chwyciła więc krawędź niewidocznej zasłony i szarpnęła ją niespodziewanie na bok: za nią, między drzewami, stała Goplana. Miała na sobie zieloną sukienkę pełną liści i kwiatów, włosy spływały jej na ramiona w grubych słonecznych zwojach. W dłoni trzymała szklankę, przyciskała jej dno do ucha, a zdobioną krawędź do przezroczystej ściany, od której teraz z przerażeniem odskoczyła. Katarzyna spojrzała na nią przepraszająco, wypuściła kurtynę z dłoni i wszystko znikło.

Lecz Aleksander nie zobaczył nic a nic, jedynie krzew pełen malin, dojrzałych i pełnych soku. Wszystko dostrzegły natomiast dziewczęta na łące i patrzyły teraz na siostrę z oburzeniem. Usiadła znów w trawie. Trudno było to wszystko zrozumieć, poukładać sobie w głowie. Jeszcze nigdy nie spotkała nikogo, kto by w nic nie wierzył, w zupełnie nic!

– Może otworzymy książkę razem? – zapytała w końcu.

– Proszę bardzo – odpowiedział spokojnie, wyciągając dłoń wysoko nad głowę i zrywając miękkie maliny. Przewrócił się na bok i małym palcem podniósł klapę torby. Jadł owoce mrucząc z zadowolenia, a czerwona słodycz spływała mu po dłoniach i po brodzie.

Katarzyna wyjęła książkę i chwyciła dłonią za jej róg. Aleksander, wciąż się śmiejąc, przysunął zewnętrzną część dłoni do okładki i unieśli ją w jednej chwili. Wtedy wszystko zawirowało wokół i znikło.

Otwieram oczy i widzę starą wąską uliczkę, jest ciepłe październikowe popołudnie. Uliczka unosi się i opada jak woda mącona wiosłami, wąskie fasady domów chylą się nad nią, popękane, szukają w niej swojego odbicia. Wenecja, Wenecja, zwierciadła i arabskie dywany, złote ramy i jedwabie, wieżyce, schodki, aksamitne obicia! Trzeba przez nią iść tak, jak się idzie przez ogród, przez strych pełen orzechów, przez sen. Czas nie istnieje, wszystkie sprawy plączą się w jedną prostą melodię. We włosach mam spinkę z liliowym paciorkiem. W kieszeni płaszcza leży szkiełko, przez które za kilka godzin będę patrzeć na zaćmienie księżyca. Obracam je między palcami, stukam w nie paznokciem. Powietrze pachnie późnym latem, młodością, zimnym kamieniem, jest jednocześnie przeczuciem i wspomnieniem, spełnieniem i oczekiwaniem. Wszystkie wody, od pierwszej kropli źródła po odmęt oceanu, płyną teraz pod mostem, po którym idę do Ciebie. Całe moje życie jest tym przyciemnionym szkiełkiem, które obracam w kieszeni; słońcem w godzinie ciszy, obietnicą.

Przebiegam przez most, skręcam w podwórze, nade mną wiszą rzędy drewnianych okien. Wiatr stuka okiennicami, wyrzuca przez nie haftowane kotary jak książęce żagle. Za jedną z nich stoi Twoje biurko, na nim szklana karafka, w której dzisiaj będziesz chciał zamknąć na zawsze księżycowe światło.

Wbiegam po krętych schodach na poddasze, lubię zimny dźwięk posadzki pod moimi obcasami, i brzęk kolorowych szklanych łańcuszków, kiedy zahaczam o nie krawędzią płaszcza. Jeszcze chwila i już pukam do drzwi, wybijam naszą melodię, osiem rytmicznych uderzeń, które znamy tylko my. Otwierasz, stajesz w progu, ale nie witasz mnie jak zawsze: cofasz się w głąb pracowni, jakbyś się czegoś przestraszył, strącasz łokciem klatkę z maleńką śnieżnobiałą chmurą, słoik pełen świetlików, idziesz tyłem coraz dalej, coraz dalej ode mnie.

– Widzę Cię – szepczesz w końcu i po omacku sięgasz do przewieszonej przez krzesło torby. Zanim zdążę Cię powstrzymać, otwierasz książkę, i już nas nie ma.

Aleksander siedział na brzegu łóżka, otumaniony, i wpatrywał się w okładkę, na której widniało wyblakłe, złotawe kółko. Pierwszy raz odkąd miał książkę przy sobie wydało mu się, że kółko lekko się obróciło.

Katarzyna stała w pokoju wśród sióstr, tym razem spokojniejsza. Słyszała lekkie zamieszanie w sąsiednim pokoju, zaspany głos Gustawa, narzekający na nocne hałasy. Zaraz jednak wszystko ucichło. Nie musiała nic opowiadać dziewczętom, zrobiło to już uczynne zwierciadełko. Nie powiedziało im jednak jednej ważnej rzeczy: Katarzyna bardzo, bardzo chciała wrócić do tej opowieści. Jeszcze nigdy niczego tak mocno nie pragnęła.

Dodaj komentarz