Więc to sen, panie Grabku, wierzba owa!…
(Akt III scena I)
Przez kilka dni nad chatą i polaną przesuwały się deszczowe chmury. Gdzieś w oddali grzmiało, niebo przecinały błyskawice, ale do miasteczka docierał jedynie daleki burzowy pomruk. Co jakiś czas deszcz poił spragnione liście. Słychać było jak woda zbiera się w cynowych misach, rozstawionych w ogrodzie i przed gankiem. Dobrze się spało w takie noce.
Katarzyna nie rozmawiała z Aleksandrem od tamtej weneckiej przygody. Unikał jej, wstawał pierwszy od stołu i od razu biegł na łąkę, albo do pokoju, jeśli akurat padało, bo próby odbywały się wtedy pod dachem. Musiał chyba wszystko sobie spokojnie ułożyć w myślach, przerosło go to, co się wydarzyło i zupełnie nie wiedział jak sobie z tym poradzić. Dlatego też nie sypiał i którejś nocy, tuż przed północą, wstał i otworzył okno, żeby odurzyć się świeżym powietrzem.
Zobaczył jakieś cienie na ścieżce prowadzącej do lasu. Zmrużył oczy. Chmury sunęły powoli przez noc i w pewnej chwili wyłonił się spośród nich księżyc, jak szeroki miedziany kolczyk. Rozświetlił lekko okolicę i wtedy Aleksander dostrzegł, że cienie należą do kotów, pięciu czarnych kotów, które sprężystym krokiem zmierzają ku polanie. Pewnie zamknąłby okno i położył się spać, gdyby nie to, że zauważył coś jeszcze. Wokół kocich ogonów połyskiwały jakieś cudeńka, naszyjniki albo tasiemki, czy może bransoletki. „A to łobuzy!” – pomyślał, przekonany, że koty wykradły te skarby z chaty.
Wyskoczył więc przez okno prosto na miękką ziemię i ruszył biegiem, po wilgotnej trawie, aż do ścieżki, a później w górę, w kierunku polany. Księżyc schował się za chmurami i nic nie można było dojrzeć w mroku, ale zaraz znów wypłynął i oblał srebrnym światłem kraj lasu. Aleksander zatrzymał się nagle: na brzegu polany, pod lipami, stały dziewczęta w długich sukienkach i trzymały się za ręce. W miasteczku wybiła północ: z pierwszym uderzeniem dzwonu każda z nich zrobiła krok w lewo, dosunęła prawą stopę do lewej, później znów przesunęły się wszystkie w lewo, aż ich krąg zaczął wirować w prostym, rytmicznym tańcu. Śpiewały przy tym jakąś cichą piosenkę, ale jej słowa gubiły się gdzieś po drodze, zahaczały o śpiące trawy, o pajęcze nici, o skrzydła zmęczonych ptaków i kiedy docierały do uszu Aleksandra, zostawało z nich jedynie cieniutkie, blaszane brzmienie.
Wrócił biegiem do chaty, wbiegł na ganek i cicho otworzył drzwi, ale dom i tak zaskrzypiał, budząc na moment mieszkańców. Na deskach podłogi zostały ślady z mokrej ziemi. Dziewczęta stały nad nimi długo, kiedy już wzeszło słońce, i coś szeptem ustalały, aż w końcu Aldona przyniosła miotłę i zrzuciła suche grudki na trawę.
– W przód nim wierzbą byłem, to byłem w karczmie – mówił później Aleksander jako Grabiec, stojąc na świeżo wzniesionej scenie. Zbudowali ją ze skrzynek, które przywieźli starym autobusem, i z grubych palików, znalezionych w drewutni za chatą. Żadna z dziewcząt nie pamiętała skąd się tam wzięły, a że nigdy do tej pory nikomu nie były potrzebne, chętnie oddały je aktorskiej trupie. Między palikami Filon zawiązał sznurki, przez które przewiesił prześcieradło.
– I piłeś? – pytał Konrad głosem starca. Nie miał jednej roli, wcielał się w rozmaite postacie, które krążyły po zaczarowanym lesie, i udzielał im głosu. Nie mógł się też pogodzić z wykluczeniem sióstr z opowieści. Długo się spierali na ten temat i w końcu stanęło na tym, że podczas przedstawienia Alina i Balladyna będą obecne na scenie jako kukiełki. Konrad będzie poruszać sznurkami, przywiązanymi do ich dłoni, żeby chociaż w taki sposób, po cichu, ich duch czuwał nad teatrem i nad całym przedsięwzięciem. Coraz bardziej żałował, że nie jest prawdziwym aktorem, i że historia nie zostanie opowiedziana tak pięknie, jak na to zasługuje.
– A piłem… – odpowiadał Grabiec, trochę rozczarowany, że wszelkie cudowne zdarzenia minionej nocy mogą mieć tak błahą przyczynę.
Zamyślił się nad tą historią. Wieczorami długo siedzieli przy stole, upijali się lipcowym powietrzem, głosami dziewcząt, młodością, która nie dotyka stopami twardej ziemi, i sokiem z jabłek, który gospodynie donosiły bez końca w wysokich glinianych dzbanach. Może to wszystko mu się przywidziało? Maleńka pracownia, drewniane okiennice, nawoływania gondolierów, może to wszystko było jedynie snem? Katarzyna spoglądała na niego czasem z ukosa, kiedy myślała, że patrzy w inną stronę, a potem szybko odwracała wzrok. Czyżby więc było coś prawdziwego w tamtej przygodzie? Musi z nią porozmawiać.
Któregoś popołudnia wrócił więc wcześniej do domu, przeszedł przez sień, ale ani w kuchni, ani w pokojach nie było nikogo. Miał już wyjść i poszukać w ogrodzie, ale usłyszał ciche głosy dziewcząt dobiegające ze stryszku. Wszedł więc po trzeszczących schodkach i zapukał w niską framugę. Głosy ucichły, rozległy się kroki i ktoś otworzył drzwi: w progu stała Barbara, a pozostałe dziewczęta siedziały wokół stolika, na którym tym razem nie było książek ani szklanej kuli, lecz kłębki nici, a raczej ogromne niciane kołtuny. Drobnymi dłońmi rozplątywały je najpierw na gęste kosmyki, a z nich wyciągały pojedyncze nitki i kiedy już były gładkie, bez supłów i pętelek, zaplatały je w kolorowe bransoletki. Aleksander przypomniał sobie na mgnienie Babcię pochyloną nad stołem i jej zmęczone ręce, łączące nitki w wielobarwne wzory. Wspomnienie to bardzo go poruszyło.
– Nie będę Wam przeszkadzał – powiedział więc do Barbary, ukłonił się lekko i wyszedł znów na ganek.
Dopiero teraz zauważył, że w głębi, w cieniu, ktoś siedzi: staruszka, cała pomarszczona, w ciemnej sukni zapiętej pod samą szyję na drobne, błyszczące guziczki.
– Myślałam, że już gotowe – poruszyła się na widok Aleksandra.
– Czeka Pani na bransoletkę? – zapytał niepewnie.
Staruszka przytaknęła.
– Będzie bardzo piękna, widziałem jak ją plotą – powiedział z dumą i usiadł tuż obok.
Popatrzyła na niego bez słowa i spuściła wzrok. Podparła brodę dłońmi, łokcie oparła na krawędzi stołu.
– Zawsze nas ratują – westchnęła.
Siedzieli później w ciszy. Popołudnie złociło się aż po horyzont, pierwszy raz od wielu dni na niebie nie było ani jednej chmury. Słychać było pszczoły, buszujące w dzikim winie, śpiew ptaków, i daleką melodię, którą Filon wygrywał na źdźble trawy. Wreszcie otworzyły się drzwi do sieni i na ganek wyszła Katarzyna. Zawahała się przez chwilę na widok Aleksandra, jednak podeszła do staruszki, chwyciła ją delikatnie za lewy nadgarstek i włożyła jej coś do otwartej dłoni. Staruszka przytuliła podarek do serca, w zaciśniętej pięści. Między palcami widać było tylko krawędzie długich, równych splotów. Staruszka uśmiechnęła się do Katarzyny i prawą dłonią pogłaskała ją po policzku.
– Błogosławię – powiedziała z wielką mocą, skinęła głową obojgu na pożegnanie i zeszła po schodkach. Patrzyli przez jakiś czas jak idzie brzegiem drogi, trochę utykając, cały czas mocno ściskając w dłoni swój maleńki podarunek.
– Moja Babcia też plotła bransoletki – odezwał się Aleksander, chociaż cisza w ogóle nie była dla niego ciężarem. Katarzyna spojrzała na niego, ale nie odpowiedziała od razu.
– Przynoszą nam splątane nitki – mówiła wolno, szukając jak najprostszych słów. – Łatwo o kołtuny: ludzie zapominają, że wszystko jest ze sobą splecione. Często przed kimś uciekają. Kiedy się ucieka, naciąga się nitki i wtedy zaciskają się w węzeł. Nie da się tej nitki zerwać, supeł robi się coraz twardszy, coraz mocniejszy, coraz trudniej go rozplątać. – Patrzyła na niego, żeby mieć pewność, że słucha. – Żeby go rozwiązać, trzeba najpierw poluzować nitki, a żeby je poluzować, trzeba podejść do siebie bardzo, bardzo blisko.
Aleksander słuchał jej w milczeniu. Te słowa coś mu przywiodły na myśl, ale nie mógł sobie jeszcze przypomnieć co. Stwierdził więc, że to najlepsza chwila, żeby wrócić do książki. Chciał zapytać o kota, bo teraz był już pewien, że wygląda tak, jak te, które widuje blisko chaty, chciał jej więc opowiedzieć o kotach złodziejaszkach, ale kiedy tylko uchylił okładkę, a Katarzyna chwyciła ją, żeby go powstrzymać, wszystko nagle znikło.
Stoję nad brzegiem niewielkiego górskiego jeziora. Na przeciwnym brzegu zapalają się światła wesołego miasteczka: rozbłyskują kolorowe żarówki i układają się w kontury karuzeli i gigantycznych huśtawek, koślawych domków i drabinek, arabskich namiotów i innych zaczarowanych konstrukcji, w labirynt luster, błyskotek i katarynek. Jest letni wieczór, po tafli wody płynie wiejska muzyka, kapela gra na niskiej estradzie, pary tańczą, obracają się w wesołej polce, sukienki w groszki i ciemne chustki odbijają się w tafli jeziora. Z tej strony wygląda to wszystko jak obrazek, jakby ktoś pomalował czarny papier akwarelami i drobinkami złota, a później złożył kartkę na pół i znów rozłożył.
Idę wzdłuż szpalerów szumiącego sitowia, mijam trzciny, i małe niebieskie łódki, kołyszące się na wieczornej wodzie. Z daleka widzę cekiny na strojach akrobatów, którzy balansują na podniebnych linach. Stragany nabierają kształtów, na ich dachach pojawiają się litery, egzotyczne nazwy i imiona, wabiące roześmiany tłum do swoich mrocznych wnętrz. Na ladach rozłożone są haftowane obrusy, a na nich wachlarze, naszyjniki, dziwne muszle, porcelanowe figurki i niezrozumiałe plansze, po których wędrować można pionkami w kształcie monet albo dzikich koni.
Widzę to wszystko dokładnie, jak światło karuzeli przesuwa się po moich rękawach, jak stopy podrygują w rytm tanecznej muzyki. Gipsowe łabędzie obracają się na drewnianym kole, wymalowanym gęstą farbą, ktoś wsuwa mi w dłoń trzy metalowe obręcze, które muszę zarzucić im na szyję. Próbuję, ale nie potrafię wyczuć odległości, obręcze z brzękiem spadają na podłogę. Mężczyzna, który kręci kołem, podnosi je i podaje innej kobiecie, i już po chwili słychać okrzyk jej wielkiej, dziecięcej radości.
W zielonym namiocie, między beczką śmiechu a galerią luster, wróżka rozkłada karty. Nie wierzę jej, na pewno o tym wie, a mimo to woła mnie do siebie, stuka złotym paznokciem w stolik i patrzy na mnie przez szczelinę w namiocie, patrzy tak, jakby widziała moje myśli. Ma w sobie pewność, wie, że przyjdę, chociaż się opieram, udaję, że nie słyszę jak powoli, cicho, niemal szeptem wypowiada moje imię. Nie wchodzę, ale nie idę też dalej, niech mnie kusi, niech wie, że jej karty nie mają żadnej mocy.
Zerkam na nią i nasze spojrzenia krzyżują się, splątują. Nic już nie mówi, tylko patrzy. Uśmiecha się, bo wie, że już się poddałam. Unoszę szal, zawieszony nad wejściem, podchodzę do stolika, siadam na krześle obitym aksamitem.
Układa przede mną całą talię kart, jedna po drugiej. Leżą twarzą w dół, widzę tylko ciemne arabeski, powtarzające się bez końca, wszystkie karty są takie same, nie wiadomo która skrywa miłość, która rozstanie, która złotą koronę. „Wybierz”, mówi do mnie, a ja dotykam jednej z nich, od niechcenia, bez namysłu, tam, gdzie opada mój palec, żeby pokazać jej jak mało ma to dla mnie sensu. Śmieje się głośno, kiedy podnosi kartę, odwraca ją w moją stronę. Jesteś na niej Ty! Siedzisz na rozłożystym drzewie i trzymasz w dłoni jabłko. Na mój widok zeskakujesz na ziemię, poprawiasz płaszcz, wyciągasz spod niego książkę, i zanim zdążę zrozumieć co się wokół mnie dzieje, wszystko nagle znika.
Katarzyna stała znów w swoim pokoju, otoczona siostrami. Wybiegła do sieni i zawołała do Aleksandra:
– Znów uciekłeś!
– Przecież to Ty uciekasz! – odpowiedział jej wzburzony Aleksander. Stanął w drzwiach, jego sylwetka odcinała się od ściany oblanej księżycowym światłem. – Gdybyś chciała zostać, włożyłabyś do książki zakładkę!
– Nie chcę zostać… nie chcę nigdzie zostawać – zawahała się Katarzyna. – Chcę tylko zobaczyć, chociaż raz, jak skończy się któraś opowieść! – dokończyła, chociaż to wcale nie były słowa, które chciała wypowiedzieć.
Gustaw i Bogumił byli tak zirytowani tym niespodziewanym nocnym hałasem, że wkrótce w chacie rozpętała się mała męska awantura. Katarzyna wróciła do siebie i położyła głowę na poduszce.
– Niedługo wszystko się uspokoi – powiedziała Barbara i pogłaskała ją po głowie. – Śpij teraz, jutro jedziemy do miasta.
Dodaj komentarz