Rozdział szósty

My, duchy, nie możem

Znać owych ziółek, które rany leczą.

(Akt II, scena I)

Następnego dnia wyruszyli więc do miasta. Zielony autobus stał w cieniu koło chaty przez ponad miesiąc i teraz niechętnie wyjeżdżał w słońce, na rozgrzane drogi. Silnik buntował się przez jakiś czas, podskakiwał i stękał, ale później zaczął łagodnieć, może zmęczony upałem, i powoli przyjmował swój stały, monotonny rytm. Kiedy przejeżdżali przez miasteczko, był już zupełnie spokojny, dlatego nie zwrócili na niego uwagi trzej mężczyźni z doklejonymi wąsami, maszerujący samym środkiem deptaka, jakby szli w jakiejś ludowej paradzie. Rozglądali się na wszystkie strony, śląc uśmiechy i ukłony każdemu, kogo napotkali wzrokiem. Autobus przemknął tuż koło nich, ale tak bardzo byli zajęci swoim przemarszem, że nie zauważyli dziesięciu zdziwionych twarzy, przyklejonych na chwilę do matowych szyb, dziesięciu podejrzliwych spojrzeń, które mierzyły ich od stóp do głów.

– Koledzy aktorzy, później… się to wszystko… ułoży – powiedział zza kierownicy Bogumił do reszty trupy, po dłuższej chwili namysłu. Nie był do końca zadowolony ze swojej kwestii, skrzywił się więc trochę, ale też mrugnął teatralnie do lusterka. Koledzy również mrugnęli do niego, a to ich nieme porozumienie zostało w mniej widoczny sposób skomentowane przez dziewczęta. Wystarczyło im przelotne spojrzenie, leciutki ruch źrenic, żeby powiedzieć sobie nawzajem, że się rozumieją.

Jechali więc dalej i rozmyślali, każdy o swoich sprawach. Wiedzieli już o sobie nawzajem bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko. Aktorzy myśleli o przedstawieniu, do którego został już tylko miesiąc, i o misji, do której spełnienia było jeszcze bardzo daleko. Ale właśnie… czy aktorzy? Sami już nie byli pewni czy byli aktorami, czy żołnierzami wypełniającymi przedziwne rozkazy. A może jeszcze kimś innym? Im dłużej ćwiczyli na scenie, w letnim upale, który wszystko spowalniał, tym więcej podobieństw dostrzegali pomiędzy sobą, a granymi przez siebie postaciami.

Gustaw na przykład był przekonany, że postać Chochlika została wymyślona przez Katarzynę specjalnie da niego. Przyjechał do miasteczka zniechęcony do wojskowej dyscypliny i do życia w ogóle. Był marudny, zgnuśniały, wciąż na nie. Widział to i trochę go to smuciło. Był zagubiony w gęstym, ciemnym lesie, i teraz ze zdumieniem odkrywał nieśmiałą, drobną radość, jaką niosły ze sobą ścieżki i otwarte polany.

A Bogumił? Od zawsze był pełen lęku: mały, słaby i chuderlawy, próbował pokryć strach udając odważnego, rzucał się we wszystkie najtrudniejsze misje, robił za trzech, był głośny i przebojowy, wszędzie go było pełno! Kiedy został dowódcą maleńkiego oddziału, nikt by nie pomyślał, że to wszystko może być jedynie maską. Czytał nocami przy świetle latarki tekst Balladyny i myślał, że Skierka jest tak bardzo do niego podobny… Chce się przypodobać za wszelką cenę, w ogóle się nie zastanawiając czy to, co robi, jest dobre czy złe. Wykonuje rozkazy, żeby być kochanym. Zdał sobie teraz sprawę, że w chacie i wokół niej cały czas krążył za nim zapach mięty, a wraz z nim przeczucie, że ktoś może go przyjąć i pokochać takim, jaki jest naprawdę.

Filon z zadowoleniem przyglądał się swojemu odbiciu w szybie. Przecież od zawsze czuł się trochę Goplaną, koledzy zresztą często robili sobie z niego żarty, za te dobrane w każdym szczególe stroje, za pięknie ułożone włosy, błyszczące pantofle. W czasie służby musiał się z tym kryć, ale w kieszonce zawsze nosił lusterko i grzebień. Był szczęśliwy, bo włosy mu teraz odrastały, nawet trochę szybciej niż by się spodziewał: miał dobrą wymówkę, żeby ich nie golić, mógł powiedzieć, że to dla dobra roli.

Konrad znalazł się w tej grupie trochę przypadkowo, jeszcze niedawno służył w zupełnie innym rejonie, ale przeniesiono go za niesubordynację. Miał dobre serce, pełne zrozumienia, ale czasem wybuchał niepotrzebnym gniewem i niszczył relacje, których później w żaden sposób nie dało się odbudować. Dlatego tak wielką radość sprawiało mu wypełnianie luk w historii, tworzenie przejść między scenami: robił wreszcie to, czego brakowało mu w życiu.

Aleksander siedział w głębi autobusu, przypatrywał się innym pasażerom i myślał o tym niezwykłym przedsięwzięciu, w którym przyszło mu brać udział. Owszem, był trochę jak Grabiec – lubił flirtować, nigdy na poważnie, chętnie bawił się uczuciami, dopóki były lekkie i sprawiały mu przyjemność. Świat w jego oczach był czarno-biały, dzielił ludzi na dobrych i złych, i miał teraz spory problem z Grabcem, z Balladyną – ich czyny wynikały przecież z czarów, nie z ich własnej woli. Ludzie tak często działają pod wpływem cudzych słów! Popełniają zło nie zdając sobie z tego sprawy. Były to zupełnie nowe myśli, na razie drażniły go tylko, bo bardzo nie lubił kiedy coś burzy jego poukładany świat. No i Katarzyna… Było w niej coś, czego nigdy wcześniej nie spotkał, coś, co domagało się prawdy.

Podróż trwała dość krótko, ale każdy zdołał pomyśleć to, co akurat było niezbędne w tym momencie. Bogumił skręcił wreszcie w ostatnią przecznicę i zatrzymał autobus przed ratuszową bramą.

– Wejdziemy wszyscy razem? – zaproponował Alekander. Dziewczęta musiały zgłosić z wyprzedzeniem wrześniowe święto.

– Wejdźmy – odpowiedziała Barbara.

W ratuszu nie było nikogo, pod sufitem obracały się leniwie skrzypiące ze starości wiatraki, nie dając jednak nawet złudzenia chłodu. Przed jedynym okienkiem stały dwa krzesła. Barbara i Katarzyna usiadły i wyjęły z wiklinowej torby ogromny zwój papieru. Kobieta siedząca za szybą rozwinęła go i z zaciekawieniem zaczęła studiować drobne pismo i liczne obrazki, wyrysowane ołówkiem.

– Chcemy zorganizować Święto Jabłek większe niż zwykle, dlatego przychodzimy, żeby je zgłosić – wyjaśniła Katarzyna z dziecięcym zadowoleniem.

Kobieta w okienku zrozumiała wtedy zawartość kartki.

– Ach, rozumiem, czyli to jest mapa? – upewniła się.

– Tak, narysowałyśmy gdzie stanie scena, gdzie stoły z jedzeniem, gdzie usiądą widzowie – tłumaczyła Barbara, pokazując palcem poszczególne części polany. – W tym roku będziemy gościć prawdziwy teatr – dodała z dumą. – Czegoś takiego jeszcze w okolicy nie było, więc spodziewamy się tłumów.

Bogumił spojrzał ukradkiem na swoich towarzyszy, i gdyby ktoraś z dziewcząt się wówczas odwróciła, wyczytałaby z jego twarzy poczucie winy.

– Rozumiem, zaraz wszystko zapiszemy, potrzebny mi będzie tylko dokument którejś z Pań – poprosiła kobieta z okienka.

Zapadła cisza. Katarzyna i Barbara spojrzały po sobie, a później odwróciły się do reszty dziewcząt.

– Czy któraś z Was zabrała dokumenty? – zapytała Maryla niepewnie.

Dziewczęta pokręciły głowami.

– A nie da się bez dokumentu? – zwróciła się do urzędniczki.

– Muszę mieć jakiś dokument, żeby przyjąć zgłoszenie. Możecie Panie przyjechać innego dnia, na spokojnie, jest jeszcze dużo czasu.

– Nie będziemy mogły – powiedziała szybko Aldona, za szybko. Znów zapadła cisza. Widząc to wielkie zakłopotanie, Bogumił sięgnął do kieszeni.

– Czy mogę dać swój? – zapytał i, nie czekając na odpowiedź, wsunął wiśniowe etui przez okienko.

Kobieta otworzyła plik dokumentów, spojrzała na Bogumiła, który z przerażeniem uświadomił sobie na jakie ryzyko wystawił właśnie tajną misję, i z uznaniem pokiwała głową. Przygotowała co trzeba i kilka chwil później podała mu gotowe pismo do podpisu. Kiedy je podpisywał, drżała mu ręka.  

– Czy będzie wojna, czy tylko straszą? – zapytała go nagle kobieta.

– Tylko straszą – uśmiechnął się uspokajająco i odłożył długopis na ladę.

– Dlaczego pytała Cię o wojnę? – zastanawiała się Laura, kiedy już wyszli z ratusza i wędrowali główną aleją na targ.

– Może się boi – odpowiedział Bogumił wymijająco. – Dużo ludzi boi się teraz wojny.

I więcej nie wrócili do tego tematu, bo już szli między straganami, wśród gdaczących kur i koszy ciężkich od warzyw, worków z ziarnem, stołów pełnych glinianych mis i dzbanów, pudełek, w których znaleźć można było wszystko, fujarki i parasolki, korale i lusterka, łuki i mosiężne lunety. Dalej stały rzędy kozaków i innych butów, i stojaki z płaszczami, sukniami, i z nakryciami głowy. Rozglądali się po tych kramach, po tych cudownościach, co jakiś czas ktoś z nich zaczynał rozmowę ze sprzedawcą, a potem odchodził z zawiniątkiem w dłoniach. Wreszcie na samym końcu, pod rozłożystą lipą, stał stragan z tkaninami.

– Jesteśmy – powiedziała Katarzyna. – Musimy wybrać tkaniny na Wasze kostiumy.

Znów spojrzeli po sobie. Aleksander już wiele razy chciał wyznać prawdę Katarzynie, ale nie mógł zdradzić swojej misji, ani celu pobytu w chacie, wszystko nagle straciłoby sens. Teraz tym bardziej nie można było tego zrobić. Dziewczęta wierzyły w nich, może nadszedł wreszcie czas, żeby uwierzyli i oni?

Filon podszedł do lady i zaczął dotykać wyłożonych płócien. Mieniły się w sierpniowym słońcu jak rybie łuski. Przerzucał krawędzie tkanin jedna za drugą, aż trafił na mięciutki jedwab w kolorze młodej trawy i poczuł, że to jest właśnie suknia Goplany. Wymierzyli co trzeba, i zaczęli szukać dalej. Mieli jakieś nowe światło w oczach, kiedy wybierali sukna na spodnie i peleryny, na szale i kurtyny, teatr stawał się teraz czymś prawdziwym. Zapomnieli na chwilę o misji, o niepokojących wiadomościach, które co dwa dni dochodziły z jednostki, o niebezpieczeństwie, które gęstniało nad okolicznymi sadami, ale i nad całym krajem. Teraz liczył się tylko teatr, niedorzeczna opowieść o leśnych duchach, które mieszają się w ludzkie sprawy.

Jeszcze będzie czas, żeby przyjrzeć się tkaninom z bliska, teraz trzeba wracać, bo przed chatą… ale nie pędźmy zbyt szybko, autobus dopiero ruszył. Pasażerowie rozsiedli się wygodnie, przytulili do siebie paczuszki ze sprawunkami. Bogumił skręcał ostrożnie w wąskie uliczki, po czym wyjechał z miasta na szosę, wiodącą później przez las, i tylko raz krzyżującą się z inną drogą. I właśnie z tej bocznej drogi, z leśnej drogi, wyjechał niespodziewanie samochód ze świeżą dostawą papierówek. Wyłonił się z lasu bez uprzedzenia i Bogumił musiał z całej siły nacisnąć na hamulec. Aleksander sięgał właśnie po swoją torbę, która leżała na półeczce nad siedzeniami. Autobus zatrzymał się nagle, a siła rozpędu pchnęła Aleksandra do przodu: w ostatniej chwili złapał dłonią półkę po przeciwnej stronie i zdołał utrzymać się w miejscu. Jednak ruch był tak szybki, a szarpnięcie tak ostre, że koszula naderwała mu się z boku i owtorzyła w wąską szczelinę.

– Trzeba będzie ją załatać – powiedziała do siebie cicho Katarzyna i w tym samym momencie coś dostrzegła. Na skórze, dokładnie tam, gdzie tkanina się rozerwała, widniało okrągłe znamię. Wpatrywała się w nie i przywoływała w pamięci zioła, które będzie musiała zerwać w ogrodzie: szałwia, rumianek, koniczyna, i nić pajęcza. Ale zaraz przypomniała sobie, że zgodnie z rozkazami nie może zrobić nic więcej, jak tylko zszyć koszulę.

Furgonetka pojechała dalej, a jej kierowca zdawał się przestraszony nie tyle wypadkiem, którego uniknął, co samym faktem, że ktoś go w lesie zauważył. Ruszyli w dalszą drogę.

– Co to za znamię? – zapytała Katarzyna, kiedy już byli blisko domu.

– Znamię? – Aleksander nie wiedział o czym mówi, ale pokazała palcem na rozerwaną koszulę, i wtedy odpowiedział. – Blizna. Z dawnych czasów.

– Jak plama na czole Balladyny? – pytała dalej Katarzyna.

– Tak, jak plama Balladyny – powiedział, i poczuł dreszcz na plecach, bo zdał sobie teraz sprawę, że to dokładnie takie samo znamię. Nie zdążył jednak pomyśleć nic więcej, bo autobus podjechał przed chatę, a tam, na ścieżce prowadzącej na ganek, w ostatnich promieniach wieczornego słońca, siedział kot, czarny kot, ze złotą obręczą na szyi. Dziewczęta podniosły się od razu ze swoich miejsc i podbiegły do szyb.

– Co on tu robi? – wyszeptała Barbara i natychmiast wybiegła z autobusu. Jednak kot był szybszy, zniknął zanim ktokolwiek zorientował się w którą uciekł stronę. Aleksander był niezwykle przejęty.

– Zobacz, zobacz – powtarzał, nerwowo odpinając torbę – on jest dokładnie taki sam, jak w książce! – wołał wyciągając zieloną księgę. Katarzyna zauważyła to w ostatniej chwili, wysunęła rękę, żeby go powstrzymać, ale już było za późno.

Przede mną stoi lustro w malowanej ramie. Wzdłuż ramy wiją się girlandy bladych róż, takie same kwiaty stoją w porcelanowym wazonie na skraju toaletki. Trzymam w dłoni buteleczkę, z której wydobywa się różany zapach: krople perfum jeszcze nie wyschły na palcu wskazującym i w zagłębieniu szyi, tuż pod uchem. Moje włosy pokrywa peruka, lśniąca, śnieżnobiała, spleciona z setek kruchutkich loczków. Puder pokrywa całą skórę twarzy i wokół dekoltu, raz jasny, matowy, raz brzoskwiniowy, błyszczący, nadaje mi zupełnie nowe rysy. Na ustach mam grubą warstwę pomady, która klei się, kiedy próbuję się uśmiechnąć.

Na przeciwnej krawędzi toaletki widzę kilka jedwabnych chusteczek, z wyszytymi inicjałami, moimi. Chusteczki są mokre, lepią się od pudru, od łez. Spoglądam w lustro, przysuwam się bliżej do jego przejrzystej tafli: oczy są zaczerwienione. A więc płakałam.

Chcę się rozejrzeć po pokoju, po komnacie, ale suknia, która mnie opina, jest tak ciasna, że nie jestem wstanie podnieść się z krzesła. Odwracam się więc tyłem do lustra, przesuwając stopy w lewo malutkimi kroczkami. Łoże z haftowanym baldachimem, przeszklone komódki, aksamitne poduszki na szezlongach; parawan, po którym wędruje pastelowa karawana, biblioteczka w kształcie globu, laleczki z jakiegoś orientalnego teatru zawieszone pod sufitem. Kotary w oknach są uchylone, ale tylko na tyle, by wpuścić do wnętrza resztki zachodzącego słońca. Słońce sunie purpurową ścieżką po dywanie i załamuje się na pogniecionej kartce: list, przeczytałam list, przedarłam go na pół i rzuciłam na podłogę.

Próbuję przesunąć się razem z krzesłem w kierunku kartki, na której ktoś zapisał treść tej historii. Kto doprowadził mnie do płaczu? Kroczek za kroczkiem, ślizgam się po posadzce, jestem coraz bliżej. Słyszę jednak jak ktoś otwiera drzwi, z korytarza wpada do komnaty snop światła i wchodzą po nim dwie różowo ubrane młodziutkie dziewczyny. Niosą suknię obszytą od dekoltu aż po dolną plisę niekończącymi się rzędami pereł. Nigdy nie widziałam nic równie pięknego, dziewczyny chyba też nie, bo idą przejęte, jakby niosły koronę, albo włoskie relikwie w papieskiej procesji.

Kładą suknię na łożu, rozprostowują zagięcia, wpatrują się w nią z uwielbieniem.

– Goście już wchodzą po schodach – mówi po chwili jedna z nich, schylając przede mną głowę w ukłonie. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby na to wszystko, co mam już na sobie, dało się założyć jeszcze perłową suknię. Ale widocznie tak ma być: pomagają mi wstać, ustawiają z ramionami wyciągniętymi przed siebie, jakbym była lunatyczką, i sięgają po suknię. Rozpinają ją z tyłu i wsuwają powoli na dłonie, łokcie, ramiona. Zapinają perłowe guziczki na plecach, bardzo długo, narzekając szeptem na trud, któremu muszą podołać.

List leży tuż obok, obracam głowę, ale sztywny kołnierz nie pozwala mi się za bardzo przechylić. Nie poznaję z wysoka ani kaligrafii, ani przełamanej pieczęci, ani imienia, wypisanego na samym spodzie.

Dziewczyny kończą swoją pracę, kłaniają się kilka razy i wybiegają na korytarz, nie domykając drzwi. Słyszę szum, szmer, coraz większy gwar. Po schodach wchodzą goście, przez uchyłek w drzwiach widzę tylko czubki pawich piór i pukle upiętych wysoko włosów, które przesuwają się nad balustradą. Nie wiem co robić, czy próbować iść, czy czekać. Powinnam to wiedzieć, ale nie mam w sobie choćby najlżejszego przeczucia.

Drzwi znów się uchylają, staje w nich paź. Od razu dostrzega list na podłodze, podbiega do niego, chwyta zniszczoną kartkę i zaczyna czytać. Dopiero kiedy podnosisz wzrok znad listu, rozpoznaję Cię: wpatrujesz się we mnie wzrokiem pełnym bólu, cierpisz razem ze mną przez sprawę, o której nic jeszcze nie wiem. Chcę coś powiedzieć, ale czerwona pomada już całkowicie zaschła, nie potrafię rozkleić ust. Nie mogę się ruszyć, gorset i wszystkie suknie, którymi mnie obwiązano, zmieniły mnie w mumię. Skrajnym wysiłkiem podnoszę rękę, wyciągam ją przed siebie, w kierunku Twojej kamizelki, pod którą wiem, że trzymasz książkę, patrzę na Ciebie błagalnym wzrokiem, otwórz ją, otwórz, nie chcę tu być, zabierz mie dokądkolwiek. Rozumiesz mnie, i robisz to, o co proszę, nie wypowiadając ani słowa.

Dziewczęta już czekały na Katarzynę. Zbliżała się północ. Wdrapały się, jak co dzień, na parapet i wyskoczyły przez okno, prosto do ogrodu. Aleksander ocknął się u siebie w pokoju. Usłyszał znajomy hałas ze ścieżki prowadzącej na polanę, wybiegł na ganek i chwilę później już stał za pochyłym drzewem przy drodze i patrzył z daleka na taneczny krąg. W oddali zegar wybijał północ, a melodia płynęła przez noc, i tym razem wydało mu się, że wszystko się w niej kołysze, nie tylko biodra i włosy dziewcząt, ale też trawy na polanie, lipowe gałęzie, świetliki nad krzewami malin, księżyc w uchylonych oknach chaty. Poczuł też, że gdyby się nie wzbraniał, rozkołysałby się i on sam. Tego było już za dużo jak na jeden dzień, zawrócił więc do domu i wbiegł do sieni, znów zostawiając na ganku błotniste ślady.

Dodaj komentarz