…bo jabłko, choć jabłko królewskie,
To jabłko, nie zaś żadne migdały niebieskie.
(Akt III, scena IV)
Siedzieli na polanie wokół sceny i słuchali, rozbawieni, jak Filon poucza Bogumiła.
– Nie możesz robić takich długich przerw, to nienaturalne, brzmi sztucznie.
– Nie robię przerw – bronił się Skierka – po prostu nie zawsze sobie przypominam tekst, ja nie wiem jak Wy to robicie, że wszystko pamiętacie.
– Powtarzaj sobie zdanie po zdaniu, naucz się jednego, a dopiero później zaczynaj następne. A na próbach czytaj, tak będzie lepiej, bardziej p r o f e s j o n a l n i e.
Śmiali się i jedli soczyste maliny. W oddali pojawiła się sylwetka listonosza, którego codziennie obserwowali podczas pracy. Aleksander podniósł lornetkę i przyglądał mu się ze spokojem. Znali na pamięć jego trasę, wiedzieli do kogo puka, a komu wrzuca listy do skrzynki.
– Co to za zabawa z tą Katarzyną? – zapytał go niespodziewanie Gustaw.
Aleksander odsunął lornetkę od oczu i spojrzał na kolegę.
– Uważasz, że się z nią bawię?
– Nie nie, nie o to chodzi – zaczął się bronić Gustaw. – Pytam o ten zeszyt, który nosisz w torbie. Bardzo to dziwnie wygląda, muszę Ci powiedzieć.
– Co dziwnie wygląda? – dopytywał Aleksander, bo uświadomił sobie właśnie, że nie ma pojęcia jak ta niezwykła przygoda, która ich połączyła, wygląda na zewnątrz, widziana cudzymi oczami.
– No, wyjmujecie ten zeszyt i od razu zamykacie oczy i uciekacie do siebie do pokoju. Nie jest to całkowicie normalne, jak na mój gust.
Czyli tak to wygląda, myślał Aleksander. Nikt nie ma pojęcia o historiach, które przeżywają, o opowieściach, które snuje książka. Będzie musiał później o tym powiedzieć Katarzynie. Podniósł znów lornetkę i aż podskoczył: listonosz, który zgodnie z planem powinien właśnie mijać schronisko, wdrapywał się ścieżką na polanę, minął Laurę, pielącą ogródek, i biegł dalej w kierunku sceny. Kiedy był już blisko, uniósł wysoko prawą rękę i pomachał białą kopertą w kierunku Bogumiła.
– Telegram! – zawołał.
Są takie chwile, w których niespodziewanie wszystko się urywa; coś, co miało trwać wiecznie – nagle się kończy. Jak rozmowa w przedziale, wśród rozpędzonych krajobrazów, kiedy komuś, kogo widzimy pierwszy raz w życiu, opowiadamy o sprawach cichych i bolesnych, i ze słów, ze spojrzeń, z dźwięków i świateł mijanych za oknem, tkamy nową sieć, nową mapę, leciutką, cieniutką, kruchą, jak wszystko, co się dopiero zaczyna. A później zbliża się stacja, na której ktoś musi wysiąść, i rozerwać na zawsze ten nowo zrodzony świat. Budynek dworca, przybrudzona posadzka peronu, dłoń uniesiona na pożegnanie, i znów sylwetki i kształty przesuwają się coraz szybciej, niosąc nas daleko od rozmowy, która już na zawsze zostanie niezakończona.
Tak właśnie poczuła się Katarzyna na wieść o nagłym wyjeździe aktorskiej trupy. Laura wbiegła do kuchni, zdyszana, i urywanym głosem opowiedziała, co właśnie przekazał jej Bogumił.
– Wyjeżdżają dziś po południu, jakaś pilna sprawa, zaraz przyjdą zabrać swoje rzeczy.
– Jak to wyjeżdżają? – zdziwiła się Barbara, wyjęła drewnianą łyżkę z jabłkowego musu i oparła ją o krawędź kotła.
– Jakaś pilna sprawa – powtórzyła Laura i rozłożyła ręce.
Przestały mieszać konfitury, usiadły na krzesłach. To musiało być nieporozumienie, przecież wszystko przebiegało zgodnie z planem, mieli dach nad głową i smaczne jedzenie, scena pod lipami piękniała z każdym dniem, kostiumy już były prawie gotowe.
– Ale szybko wrócą, prawda? – zapytała Katarzyna.
– Właśnie… nie wiadomo czy wrócą – Laura też nie mogła w to uwierzyć, ale na ganku już słychać było nerwowe kroki i przyciszone głosy. Drzwi otworzyły się i do sieni weszli goście, szli z pochylonymi głowami, zmęczeni, smutni. Dziewczęta podniosły się i patrzyły na nich wyczekująco.
– Musimy wyjechać – powiedział Bogumił, i zawahał się, widząc ich zdumione, pytające spojrzenia. – Było nam tu dobrze, jak w domu, może nawet lepiej – w jego głosie można było usłyszeć szczerą wdzięczność. Myśleli teraz wszyscy o tych błogich tygodniach spędzonych na skraju puszczy, o szumiących trawach, o szklankach z sokiem jabłkowym. – Ale pojawiły się sprawy, które wymagają naszej obecności gdzie indziej – zakończył z nadzieją, że to wystarczy.
– Będziecie grać w prawdziwym teatrze? – zapytała Barbara, nie wiedząc co myśleć.
– Nie, nie… – zaczął Bogumił i odwrócił się do kolegów. – To zupełnie inna sprawa.
Zapadła cisza. Siostry wpatrywały się w aktorów bez słowa, ale żaden z nich nie odwzajemnił spojrzenia. Czuli się tak, jak pierwszego dnia, kiedy błądzili wzrokiem po ścianach, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia.
– A nasze święto, Balladyna, nasze jabłonie? To już nie ma znaczenia? – odezwała się Katarzyna.
Bogumił splótł dłonie na plecach, wyprostował się. Nadeszła chyba chwila, żeby wyznać prawdę.
– Tuż za naszą granicą natężyły się dzisiaj działania, wojna może dotrzeć i do nas. Jesteśmy potrzebni w jednostce. W naszej jednostce – podkreślił, ale dziewczęta nadal nie mialy pojęcia o czym mówi.
– Co Wy macie wspólnego z wojną? – zapytała Barbara, i w tym momencie Katarzyna przypomniała sobie bliznę, którą Aleksander nosi na plecach.
– Nie jesteście aktorami, prawda?
Znów zapadła cisza. Nikt nie odpowiedział.
Katarzyna poczuła jak łzy napływają jej do oczu. Ktoś ją oszukał, ktoś ją długo oszukiwał. Chwyciła z dwóch stron fartuch, uniosła go, żeby nie nadepnąć na długie plisy, i wybiegła z chaty. Słychać było tylko jej kroki, najpierw na podłodze, później na ganku, wreszcie na żwirowej ścieżce. Aleksander wybiegł za nią.
– Zaczekaj! – zawołał, kiedy byli już na skraju lasu. Zatrzymała się i usiadła na omszałym pniu koło sceny.
– Jesteście wojskowymi? Żołnierzami? – pytała, nie czekając na odpowiedź. – Zabiłeś kiedyś człowieka? O czym jeszcze nie wiem?
– Poczekaj, daj mi coś powiedzieć, już dawno chciałem z Tobą porozmawiać – nalegał Aleksander. Usiadł koło niej, przesunęła się wtedy w prawo, żeby być jak najdalej od człowieka, który przez cały ten czas udawał, że jest kim innym.
– Nie wierzę już w ani jedno Twoje słowo! – odpowiedziała.
– Rozumiem. Masz do tego prawo – posmutniał. – Ale pozwól mi chociaż spróbować to wszystko wytłumaczyć.
Katarzyna pokręciła głową i zakryła oczy dłonią.
– Nie chcę nic wiedzieć. Idź już, skoro masz odejść.
Miała w głowie tysiące myśli, które nie pierwszy raz raniły ją i osłabiały. Wróciły dawne rozstania, trudne pożegnania, po których zostawały maleńkie blizny na sercu, białe nitki we włosach. Za każdym razem wierzyła, że to się już nigdy nie powtórzy, nie chciała, żeby jej serce wyschło, stwardniało, przestało mieć nadzieję. Teraz, kiedy jeszcze była na samym początku podróży, lepiej było wszystko uciąć, zakończyć, póki jest cienkie i kruche.
– Weź chociaż książkę – powiedział Aleksander, zdejmując torbę z ramienia. – Nie wiemy co będzie dalej. Może dzięki niej będziesz mogła uciec i schronić się w jakimś innym świecie.
– Nie chcę uciekać – odpowiedziała cicho.
– Nie wolno mi było o niczym Ci mówić, taki był rozkaz, uwierz mi. Chciałem to zrobić za każdym razem, kiedy z Tobą rozmawiałem. Dobrze mi tu było z Tobą.
Katarzyna nie odpowiadała.
– Nie chcę jechać – mówił dalej. – Byłem na wojnie, nie ma nic gorszego na tym świecie.
– Dlaczego zamiast walczyć nie zrobicie czegoś, żeby jej zapobiec? My poświęciłyśmy całe życie na budowanie pokoju tam, gdzie go najtrudniej zbudować, w codzienności. W rodzinach, w przyjaźniach, w szkołach, w każdej pracy. W byciu z samym sobą. A Wy walczycie. Nie wiem jak mogłam tego od razu nie zrozumieć.
Aleksander zeskoczył z pnia.
– Muszę już iść, zaraz ruszamy. Żałuję, że to nie Ty… że to nie o Tobie mówił c z a r o d z i e j – wypowiedział to słowo z nieuzasadnionym przekąsem. – Czary chyba nie działają w tych stronach – dodał, żeby zakończyć z uśmiechem, w jego głosie przeważał jednak smutek. Odwrócił się i zaczął schodzić.
– Dobrze mi było z Tobą – powtórzyła jego słowa Katarzyna. – Weź chociaż książkę.
Nie potrafił zrozumieć czy przedrzeźnia go, czy mówi to, co naprawdę czuje. Zatrzymał się więc jeszcze na chwilę i odwrócił. Trzymała w dłoni Balladynę. Pewnie w zamieszaniu zostawili książkę na scenie. Wziął ją bez słowa i schował do torby. W tej chwili poczuł tak ogromny żal do świata, żal, że musi zostawić to ciche, spokojne, dobre miejsce i ruszyć na spotkanie z lękiem i chaosem, że do oczu napłynęły mu łzy. Nie chciał, żeby Katarzyna to dostrzegła, odwrócił się więc znów szybko i zbiegł ścieżką do schroniska.
Kiedy odjechali, dziewczęta wróciły do chaty, ale żadna z nich nie weszła do środka. Usiadły na schodkach ganku i przy nienakrytym stole. Słońce zachodziło powoli nad lasem i przez jakiś czas odbijało się w szybach autobusu, kiedy Bogumił zakręcał na stromej ścieżce. Jutro będzie czas, żeby o tym wszystkim porozmawiać. Teraz chciały tylko posiedzieć w ciszy, uspokoić rozbiegane myśli. Odjazd aktorów, którzy okazali się żołnierzami, i wieści o groźbie wojny, wprowadziły niepokój w ich sercach. Trzeba go było zażegnać, wyprostować, ukołysać, żeby nie dokładać kolejnych fałszywych dźwięków do wielkiej melodii życia, nie uwydatniać zwątpienia, które, choć wątłe, mogło wzmocnić chaos, który zalewał teraz ziemię.
Maryla zeszła do ogrodu jako pierwsza i wróciła z pękiem rumianku. Wyjęła z kieszeni sznurek i zaczęła związywać kwiaty i wieszać je pod dachem. Po niej ruszyły pozostałe siostry: schodziły w złoto wieczoru, zatapiały się w sierpniowy ogród, a później w łąkę, i kiedy ostatnie promienie słońca sunęły po ganku, chata znów wyglądała jak dawniej, pachniała od gęstwiny ziół, kwiatów i gałązek, które girlandami wiły się wokół domu. Wiadomość o wyjeździe aktorskiej trupy szybko rozeszła się po miasteczku i po zmierzchu na drodze prowadzącej do chaty zaczęły się pojawiać sylwetki mieszkańców. Szli, trzymając przed sobą lampiony albo świeczki, a w koszach nieśli owoce, sery, bochenki chleba. Nikt nie wiedział jeszcze czy to dobrze, czy źle, w każdym razie wszystko wróciło do dawnej rutyny. Przynajmniej tak im się tej nocy wydawało.
Dodaj komentarz