Rozdział ósmy

Proszę! Co za dziwy!

Ktoby uwierzył?…

(Akt IV, scena I)

Światem wstrząsają czasem nagłe zmiany. Ktoś wypowiada słowa, które burzą dotychczasowy porządek, zdobywa się na gest, którego najpierw nie można wybaczyć, ale który później staje się symbolem całego pokolenia. Płonące budynki, tłumy niszczące miasta, zaciśnięte pięści, flagi zatknięte na nowo zdobytych terenach. Jednak prawdziwe rewolucje toczą się codziennie w wielkiej ciszy. Przemiany, o których nie wie nikt, oprócz tych, którym nagle ściany rozsypują się w drobinki, w okruszki, w nuty, a później te ruiny, te rozrzucone dźwięki układają się w jedną melodię. Teraz właśnie takiej przemiany doświadczał Aleksander, siedząc w  wojskowym wozie z czwórką żołnierzy, którzy tego lata stali się jego przyjaciółmi. Jechali na granicę, w wielką niewiadomą, w lęk i samotność służby. Działo się to daleko, daleko od miasteczka pod lasem, dowiemy się więc o wszystkim dopiero za jakiś czas, kiedy Aleksander i Katarzyna spotkają się ponownie.

Tymczasem dziewczęta wróciły do codzienności. Poprzenosiły meble na dawne miejsca, otworzyły drzwiczki u szczytu schodów i już po paru dniach sień i izby wypełniły się znów książkami, skrzyniami, buteleczkami, które przez ponad miesiąc leżały ściśnięte na stryszku. Włosy znów im się zakłębiły, zaczęły gęstnieć od liści, płatków, szyszek. Czuły się swobodnie, i tak samo czuli się mieszkańcy. Przychodzili teraz o każdej porze dnia, albo przyjeżdżali z dalszych okolic, długo przesiadywali na ganku albo w kuchni, czekając aż mądre i dobre dłonie sióstr zaplotą im bransoletki ze skołtunionych nici, albo przygotują sok jabłkowy z dodatkiem tego, co akurat było potrzebne. Niektórzy mówili szeptem o swoich sprawach, zadawali pytania, inni patrzyli w milczeniu jak drewniana łyżka obraca się w kotle, jak z supłów i kłębków wydobywają się równe sploty.  

– Myślicie, że wrócą? – zapytała któregoś ranka Laura, przestawiając misę z jabłkami na kuchenny stół.

– Nie wiem zupełnie co o tym wszystkim myśleć – powiedziała Barbara, związując zioła w maleńkie bukieciki. Co jakiś czas nadchodziły wieści o wojnie, która przetaczała się przez niedalekie krainy, i zbliżała się niebezpiecznie do granic za puszczą, za rzeką, za jabłkowymi sadami.

Szkoda im było tego pięknego snu, słonecznych prób na polanie, śmiechu przy wspólnym stole. Żałowały, że nie uda się rozwiązać tajemnicy zatrutych jabłoni, i tego, że wrześniowe święto jednak się nie odbędzie. Teatr mógł rzeczywiście przyciągnąć tłumy. Teraz trzeba będzie rozmontować scenę, poskładać płótna i paliki i ułożyć je w drewutni, kto wie na jak długo.

Myślały o tym wszystkie razem, pochylone nad pracą.

– Swoją drogą, jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam człowieka, który zupełnie w nic nie wierzy. W nic! – mówiła Katarzyna znad zielonej bransoletki, która dosłownie rosła w oczach, wypływała spod jej palców i opadała na dębowy stół.

– Miałam wrażenie, że czasem coś przeczuwają – Aldona kruszyła białe listki i wsypywała je do flakonika. – Nigdy nic nie powiedzieli, ale mieli swoje chwile zadumy.

– Aleksander w n i c nie wierzy – załamała się Katarzyna. – Mówię Wam, w nic! Kiedyś miałam przebłysk nadziei: powiedział mi, że kiedy był mały, Babcia opowiadała mu o skrzydlatych duszkach, żyjących w dziuplach drzew. Wierzył, że spełniają ludzkie marzenia, i wspinał się na drzewa tylko po to, żeby któregoś złapać.

– I udało mu się? – zaciekawiła się Maryla.

– Niestety nie, dlatego uznał, że to bajki, i więcej ich nie szukał. Ale sam fakt, że sobie o nich przypomniał, to już chyba coś, prawda?

– Miejmy nadzieję – powiedziała Barbara, i znów pogrążyły się w swojej pracy.

– Dlaczego same nie zagramy Balladyny? – wystrzeliła niespodziewanie Laura, ale, jak to często się zdarzało, była to po trosze myśl każdej z siótr. – Scena już jest, kostiumy prawie gotowe, brakuje tylko kukiełek. Nauczymy się przecież tekstu w jeden dzień. Skoro oni wyjechali, to może my pomogłybyśmy w tej w a ż n e j sprawie?

Popatrzyły na siebie z uśmiechem.

– Tylko nie postacie fantastyczne, widziałam jak Goplana na nas patrzy – poprosiła Katarzyna i spojrzała błagalnie na dziewczęta.

– Skoro oni mogli sobie wybrać fragment, my też możemy – przytaknęła jej Barbara. – To co, zamek?

– Tak, pustelnia i zamek – zawołała Laura i klasnęła w dłonie.

– No i oczywiście kukiełki, Konrad miał dobry pomysł – dodała z dumą Aldona i lekko się zarumieniła.

Następnego dnia po południu, kiedy upał odrobinę zelżał, włożyły do koszy kłębki nici i skrawki materiałów, igły, nożyce, stare szmatki i guziki, wstążki i koraliki, i zaniosły to wszystko na polanę. Usiadły wokół sceny, na miękkiej sierpniowej trawie, i od razu zabrały się do pracy. Z białego płótna i grubej lnianej nici rodziły się dwie siostry, Alina i Balladyna: jedwabne oczy, usta z purpurowej aksamitki, włosy z ciemnej czesanej wełny. Wkrótce ich ciało okryły kwieciste suknie z falbanką i wiązane w pasie fartuszki. Niedługo stroje będą gotowe, trzeba będzie jeszcze przyszyć sznurki do kukiełczanych szyi, dłoni i stóp, żeby móc nimi poruszać, kiedy pójdą w las, kiedy dzbanki będą się robić coraz cięższe od dojrzałych malin.

Dziewczęta pracowały w skupieniu, ale z dziecięcą radością, przygryzając czasem język i mówiąc same do siebie. Od czasu do czasu spoglądały w kierunku miasteczka. Widziały jak listonosz kończy swoje codzienne wizyty, jak młynarz wraca do domu, cały oprószony mąką; później przebiegły dzieci z ręcznikami związanymi pod brodą, które powiewały za nimi jak rycerskie peleryny. Biegły nad rzekę, żeby choć trochę schłodzić się w jej szczodrych wodach.

W pewnej chwili na drodze pojawiło się znów trzech wąsaczy. Pierwsza zauważyła ich Barbara.

– Spójrzcie kto wrócił – powiedziała cicho znad robótki.

Popatrzyły wszystkie w dół. Wąsacze szli środkiem ulicy i śmiali się na cały głos. Rozglądali się dookoła, jakby chcieli sprawdzić, czy wszyscy ich widzą.

Laura wyjęła z kosza szklaną kulę i podniosła ją na wysokość oczu. Odkąd musiała udawać, że to szkło powiększające, przyzwyczaiła się do jej ciągłej obecności i nosiła ją wszędzie ze sobą.

– Mają coś w kieszeniach – powiedziała, mrużąc oczy.

– Dasz radę zobaczyć co? – zapytała Katarzyna.

– To chyba… poczekajcie… chyba butelki… tak, już widzę, mają w kieszeniach butelki z jakąś brunatną cieczą.

Katarzyna pokręciła głową.

– Coś mi tu nie pasuje. Gdyby chcieli otruć jabłonie, zrobiliby to po cichu. Staraliby się nie rzucać nikomu w oczy. A ci trzej wąsacze wyglądają tak, jakby specjalnie robili wokół siebie szum, żeby odwrócić naszą uwagę.

– Ale od czego? – zapytała Aldona.

Zapadła cisza. Trzej mężczyźni poszli dalej drogą aż na skraj lasu. Kiedy stanęłi w cieniu drzew, rozejrzeli się uważnie. Polana była już zbyt daleko, nie dostrzegli więc na niej pięciu sylwetek dziewcząt i poczuli się bezpiecznie. Wyglądało to tak, jakby ktoś wypuścił powietrze z balonu: z wyprostowanych, dumnych postaci zmienili się w szczupłych, zmęczonych wędrówców. Odkleili wąsy i schowali je do kieszeni, a później usiedli na bukowym pniu i wypili brunatną ciecz z butelek, żeby ugasić wielkie – i jakże widoczne! – pragnienie.

– Właśnie, od czego mają odciągnąć naszą uwagę? – zastanawiała się dalej Maryla.

– Pamiętacie tę furgonetkę z papierówkami? – odezwała się po chwili Katarzyna. Przytaknęły, bo wszystkie pamiętały, jak furgonetka pełna jabłek zajechała drogę Bogumiłowi. – Co ona tam robiła, myślałyście o tym? Na wąskiej leśnej drodze?

– Czy to ma związek z tymi trzema? – zdziwiła się Barbara.

– Nie byłabym zaskoczona – odpowiedziała Katarzyna.

Nadszedł wieczór, a później noc. Tego dnia dziewczęta miały mnóstwo gości. Przychodzili głównie z prośbą o słowa otuchy, o kropelki odwagi w trudnym i niepewnym czasie. Dziewczęta miały dla każdego otwarte serce, słuchały i mówiły tak długo, jak było trzeba, aż na twarzach rozmówców pojawiał się spokój, albo nawet uśmiech. Wiedziały dobrze, że świat kołysze się w rytm jednej melodii, i że jest tylko jedna rzecz, jaką można zrobić wobec hałasu i zgrzytu, których sami nie możemy uciszyć: nucić dalej melodię, nieprzerwanie, czystym głosem, kołysać się i obracać w kojącym rytmie miłości, chwytać coraz więcej dłoni i zapraszać je do wspólnego tańca. Robiły to jak umiały, w każdy możliwy sposób. Mieszkańcy kochali je za to i dbali, żeby nigdy nie zabrakło im jedzenia.

Przed północą zrobiło się pusto. Goście rozeszli się do domów, zostawiając w chacie i wokół niej uczucie wielkiego spokoju. Musiały już się szykować, bo za kilka minut dzwony i zegary wybiją dwunastą, polana czekała już na ich roztańczone stopy. Wbiegły do sieni, rozwiązując fartuchy i wyjmując z kieszeni sukienek resztki nici, kamyki, szmatki. Na ganku została jedynie Barbara, zawróciła do stołu i zebrała kilka szklanek, które zostały po wieczornych spotkaniach. Na ich dnie pachniały jeszcze resztki gęstego soku jabłkowego. Przycisnęła je do piersi i ruszyła po skrzypiących deskach w kierunku drzwi. Już miała wejść do środka, kiedy nagle znieruchomiała: na środku drogi, w srebrnym świetle księżyca, siedział czarny kot, ten sam, którego widzieli przed chatą po powrocie z miasta. Na wstążce wokół szyi połyskiwała złota obrączka.

– Tak myślałam – pokiwała głową Barbara, uśmiechnęła się szeroko i zeskoczyła ze schodków.

Dodaj komentarz