Poplątałam ludzkie czyny,
Tak że Bogu mścicielowi
Trzeba wziąć grom i opuścić
Na ludzkie dzieła i winy(Akt V scena I)
Barbara zeskoczyła więc ze schodków prosto na ścieżkę i pobiegła do głównej drogi, na której siedział czarny kot i wpatrywał się w jej podskoki. Siedział spokojnie, w zupełnym bezruchu, a kiedy była już blisko, podniósł się leniwie, jak to zwykle robią koty, kiedy chcą się popieścić, jednak wolą nie okazywać jak bardzo im na tym zależy. Przeciągnął się w miejscu, wyprostował przednie łapy i pochylił się, jakby w pokłonie, unosząc wysoko ogon. Zrobił to wszystko bez większego zaangażowania, a kiedy Barbara była już bardzo blisko, ruszył łaskawie w jej kierunku, mrucząc głośno, tak głośno, że usłyszały to dziewczęta w kuchni i wybiegły, zdziwione, na ganek. Wpadły jedynie na najstarszą siostrę, wchodzącą po schodach, ale gdyby były tu chwilę wcześniej, zobaczyłyby jak pochyla się nad kotem, jak drapie go palcem pod brodą i pyta:
– To Ty, prawda? Przyjdź do nas jutro na szarlotkę.
Nie usłyszały jednak tej rozmowy i kiedy następnego dnia Barbara wyjęła nagle stolnicę i zaczęła zagniatać ciasto, przez chwilę nie odzywały się ze zdumienia. Szarlotka była czymś wyjątkowym. Szykowały ją tylko w szczególnych sytuacjach. Placek z jabłkami, kruche ciasteczka, mus, pieczone jabłka z cynamonem, a nawet jabłka w czekoladzie, to wszystko mogło zdarzyć się każdego dnia, w kredensie stały blaszane puszki i szklane klosze, które zawsze kryły jakieś słodkie niespodzianki: można było po nie sięgnąć w chwilach zmęczenia, albo kiedy chciało się dać trochę więcej radości komuś z odwiedzających. Ale szarlotka… Nie, szarlotka wymagała o k a z j i. Z reguły okazje były dwie: urodziny albo ważna wizyta. Wszystkie urodziły się wiosną albo jesienią, wiadomo więc było, że chodzi o gościa, że wkrótce pojawi się u nich ktoś ważny.
– Wracają? – zapytała po chwili Katarzyna, a widząc zagubienie na twarzy Barbary, dodała – Aktorzy?
– Nie, to nie oni – odpowiedziała szybko Barbara, dosypując mąki do ciasta, które urosło już w sporą miękką kulkę. – Znacie go tylko z opowieści, ale jestem pewna, że powitacie go jak starego znajomego!
Rozdzieliła później dziewczętom zadania, i kiedy szarlotka była już gotowa i stała na środku kuchennego stołu, dymiąca i krucha, i pachnąca jak sad podczas zbiorów, wszystkie pozostałe prace były ukończone. Ganek był przystrojony bukietami polnych kwiatów, na stole leżał biały obrus, na którym poupinane były zioła i kwitnące trawy. Deski ganku i podłoga w sieni i we wszystkich izbach były dokładnie zamiecione, w oknach wisiały haftowane chusty i rzucały do wnętrza łagodny cień.
Gość pojawił się znikąd. Stanął w pewnej chwili przed gankiem i pozdrowił gospodynie, zdejmując wysoki kapelusz. Jego twarz, i głos, i gesty niosły w sobie wielką, szczerą dobroć, dziewczęta nie mogły więc się na niego gniewać za to niespodziewane przybycie. Zaprosiły go na ganek i rozstąpiły się, żeby z chaty mogła wyjść do niego Barbara.
– Nie mogę w to uwierzyć – zawołała, rzucając się gościowi na szyję. – Ile to już czasu? Nie potrafię policzyć!
– Nie widzieliśmy się odkąd skończyłaś szkołę – odpowiedział szybko. – Byłaś wtedy dziewczynką, a Twoich sióstr nie było jeszcze na świecie – dodał, rozglądając się wokół.
– To mój nauczyciel, o którym Wam zawsze opowiadałam – wyjaśniła z przejęciem Barbara. – Pierwszego dnia przedstawił nam się jako Czarodziej, i od tamtej pory zawsze tak na niego mówimy.
Dziewczęta dobrze znały Czarodzieja z opowieści siostry. Słyszały o jego nieprawdopodobnych przygodach, o wędrówkach, w które trudno było uwierzyć nawet tym, którzy wiedzą, że wszystko jest możliwe, jeśli się tego mocno pragnie. Czarodziej uczył w szkole, którą ukończyła Barbara dawno, bardzo dawno temu. Często o nim wspominała, nie tylko przekazując siostrom to, czego ją nauczył, ale też przywołując jego mądre podejście do wielu spraw, zwłaszcza tych, które wydają się bez wyjścia.
Usiedli przy stole, pełni radości, bo wiadomo było, że spotkanie będzie wyjątkowe. Kiedyś może będzie okazja, żeby opowiedzieć ze szczegółami ich rozmowę, wiele było w niej słów, które warto zapisać, żeby nie przepadły, ale na razie opowieść toczy się dalej i dochodzi właśnie do momentu, w którym Czarodziej wspomniał Panią Ananke i zapytał, czy Barbara ją nadal pamięta.
– Jak mogłabym zapomnieć o mojej kochanej Pani od bransoletek? – powiedziała z wyrzutem Barbara. Pani Ananke była mistrzynią rozplątywania supłów i prowadziła zajęcia dla dziewcząt poświęcone tej szlachetnej, ale zapomnianej sztuce.
Barbara kroiła szarlotkę na całkiem spore kawałki, ale na półmisku cały czas leżało wystarczająco dużo ciasta, żeby poprosić o dokładkę. Przysunęli więc znów talerzyki na środek stołu, a później jedli kruchutkie ciasto, chrupiące płatki jabłek, wbijali widelczyki w sam środek rozkoszy, wyjadali słodkie okruszki ze stołu, żeby nic się nie zmarnowało, bo była to najlepsza szarlotka na świecie.
– Przepis też dostałam od niej, od Pani Ananke – dodała Barbara.
– Dzielna kobieta – mówił z uznaniem Czarodziej. – Silna i mądra. Wychowywała samotnie swojego jedynego wnuka.
– Pamiętam, była naprawdę cudowną kobietą.
– Wnuk rósł jak trzeba – ciągnął Czarodziej – uczył się od niej wszystkiego, ale któregoś dnia coś się wydarzyło, nikt nie wie co, i chłopak zmienił się nie do poznania. Wyrzekł się tego, w co do tej pory wierzył, i uciekł, szukając sobie nowego życia. Krótko później Ananke odeszła, ale przed śmiercią napisała do mnie list z prośbą, żebym się nim zaopiekował. List szedł do mnie bardzo długo, ale wreszcie dotarł. Odnalazłem chłopaka. Ma na imię Aleksander i z tego co wiem, niedawno był Waszym gościem.
Katarzyna zerwała się z miejsca. Stała przez chwilę przy krześle, a później wbiegła do sieni, przykucnęła przed półką z książkami i zaczęła sunąć palcem po ich grzbietach. Zatrzymała się przy cienkim tomiku, wysunęła go i spojrzała na okładkę. „Ananke. O rozplątywaniu”, przeczytała. Znała ten podręcznik na pamięć. Zawierał całą wiedzę, jaka jej była potrzebna. Czy to możliwe? Czy to możliwe, że Aleksander jest jej wnukiem? Że wnuk Ananke nie wierzy w zupełnie nic?
Wróciła z książką do stołu, położyła ją przed Czarodziejem.
– Znalazłem go na wojnie – kontynuował niewzruszony – udałem, że potrzebuję jego pomocy, a żeby się odwdzięczyć, pożyczyłem mu książkę, którą chyba Ty też znasz – powiedział do Katarzyny.
Dziewczęta patrzyły na niego zaskoczone. A więc zielona książka w płóciennej torbie to jego sprawka!
– Książka miała go doprowadzić do Ciebie, bo jesteś jedyną osobą, która może mu pomóc. Nie wiedziałem jak do tego dojdzie, ale okazało się, że ten plan snuł się poza moją wiedzą już od kilku lat. Ktoś zatruwał jabłka w sadach, sprawa okazała się większa, niż początkowo się zdawało, zaczęła zagrażać nam wszystkim, poproszono więc o pomoc wojsko, do którego tymczasem zaciągnął się Aleksander… Zresztą znacie tę historię lepiej niż ja.
– Dlaczego ja? – zapytała zdziwiona Katarzyna.
– Przecież wiesz, że nikt inny lepiej by sobie nie poradził – uśmiechnął się do niej Czarodziej i zastukał paznokciem w okładkę podręcznika. – Zostanę tu z Wami i poczekam aż wróci, muszę odebrać książkę, bo ktoś inny już na nią czeka.
Katarzyna odetchnęła z ulgą. Miała t y l e pytań! Będzie czas, żeby je zadać.
– Nie wiemy czy wrócą – powiedziała jednak uczciwie. – Wyjechali w pośpiechu, w wielkiej i ważnej sprawie, o wiele ważniejszej niż nasza. Postanowiłyśmy, że same odegramy fragment Balladyny, żeby Święto Jabłek mogło się odbyć zgodnie z planem. Żeby przyciągnęło trucicieli.
– Dziewczęta kochane – Czarodziej położył dłonie na czole, jakby się czymś bardzo zmartwił. – Wrócą równo za siedem dni. Macie jeszcze czas, żeby się przygotować. Wydaje Wam się, że będziecie jedynie wystawiać Balladynę, a tymczasem bierzecie udział w teatrze, z którego ogromu nie zdajecie sobie sprawy!
Ukroił sobie jeszcze kawałek szarlotki. – Najlepsza na świecie – powtórzył cicho. Tego popołudnia przekazał im wiele nowin, ale już ani razu nie wspomniał ani o Aleksandrze, ani o książce.
Dodaj komentarz