Z ziarnka piasku dójść można do obrotu słońca
Zaciekając się w rzeczy wydarzonéj jądrze.(Epilog)
Siedem dni później chata była gotowa na ponowny przyjazd gości. Pokoje były znów przemeblowane, a zbędne przedmioty wyniesione na stryszek. W kotle gotowały się jabłka, z ganku poznikały zioła i kwietne girlandy. Początkowo dziewczęta nie były przekonane co do tych zmian, przecież już wiedziały, że aktorzy są w rzeczywistości żołnierzami, nic więc nie stało na przeszkodzie, żeby i oni dowiedzieli się o prawdziwej naturze sióstr. Postanowiły jednak, że będą dalej postępować zgodnie z obietnicą złożoną na początku lata: ich chata znów stanie się schroniskiem, tak będzie najlepiej.
Przyjechali pod wieczór: zmęczeni, trochę skrępowani. Wnieśli swoje rzeczy do sieni i zebrali się na ganku. Trzy dni wcześniej przyszedł telegram z zapowiedzią powrotu, nie musieli więc nic tłumaczyć. Zastój w sprawach frontowych, waga lokalnego dochodzenia, gotowość aktorskiej służby, to wszystko musiało siostrom wystarczyć. Nie chcieli opowiadać o tym, co przeżyli przez te dni, a dziewczęta o nic nie pytały.
Pili sok jabłkowy i patrzyli na drogę do lasu, na polanę. Upalny lipiec, pszczoły i szumiące trawy, cienista łąka i słońce wędrujące przez wzgórze, to wszystko wydawało im się teraz odległą przeszłością, albo nawet baśnią, którą czytali dawno temu, w innym świecie.
Pierwszy odezwał się Bogumił.
– Bardzo mnie to martwi, że przepadło tyle czasu. Za tydzień Święto Jabłek, a my jeszcze nic nie odkryliśmy. Nie wiemy czy uda nam się coś wytropić do przyszłego piątku – obracał w dłoniach szklankę, a resztka soku huśtała się na jej dnie jak morskie fale.
Dziewczęta popatrzyły po sobie.
– Sprawa wygląda inaczej niż wszyscy myśleliśmy – powiedziała Barbara i opowiedziała to, co kilka dni temu przy tym samym stole przekazał im Czarodziej. Słuchali ze zdumieniem, bo nagle każdy element, każdy szczegół, który przewinął się w ich obserwacjach, znalazł swoją szczelinę, skrojoną na miarę, detale zaczęły do siebie pasować i układać w jeden duży i spójny obraz.
– Jak Wam się udało to ustalić? – zapytał zaskoczony Bogumił.
– Mamy niespodziewanego informatora – odpowiedziała Barbara po chwili namysłu. Stwierdziła, że lepiej będzie zachować na razie część prawdy dla siebie. – Jutro zrobimy wspólną próbę? – zmieniła temat. Przedstawienie, które miało być tylko narzędziem w śledztwie, stało się teraz czymś niezwykle ważnym, może nawet istotą, esencją całego lata.
– Wspólną? – zdziwił się Filon. I dziewczęta opowiedziały o swoich przygotowaniach, o tym jak chciały uratować przedstawienie, przekonane, że żołnierze już do nich nie wrócą. A że wybrały postacie, których pierwsza wersja nie przewidziała, mogli teraz wystawić całość wspólnymi siłami. Poszli od razu na polanę, żeby zobaczyć jak pięknie rozrosła się scena. Zdobiły ją teraz tłumy zielonych gałązek, źdźbeł i kwiatów, wyrastających z doniczek, zawieszonych na ścianach, deskach, skrzyniach, i rozstawionych na drewnianej podłodze. Filon podskakiwał z radości.
– Nigdy nie widziałem nic równie pięknego! – zaklaskał w dłonie.
Na scenie, pod wąskim daszkiem, leżały dwie kukiełki, Alina i Balladyna. Trzymały w dłoniach dzbany pełne dojrzałych malin. Ich warkocze plątały się ze sobą, tak jak nitki, za które miał pociągać Konrad, żeby dać lalkom życie. Aleksander przypomniał sobie rozmowę z Katarzyną i to, co mówiła o rozplątywaniu, i poczuł się przez chwilę jak dziecko, szczęśliwe dziecko w ciepłej kuchni.
Kiedy wrócili do chaty i każdy już zaniósł swoje rzeczy do pokoju, zebrali się w kuchni, wokół kotła z pachnącymi jabłkami, i wrócił temat sadów.
– W takim razie będzie nam potrzebna dodatkowa pomoc, sami nie damy rady – zadecydował Bogumił. – Musimy wezwać posiłki, przynajmniej kilka osób, które będą czekać w sadzie podczas naszego spektaklu.
– Na pewno nam kogoś przyślą! Pójdę od razu nadać telegram – zaoferował się Aleksander. Bogumił skinął głową.
Aleksander przebiegł przez sień, wyszedł na ganek i tam wpadł prosto na… Czarodzieja. Aż zaniemówił! Wszystkiego mógł się spodziewać, ale nie takiego spotkania! Czarodziej poklepał go uspokajająco po ramieniu.
– Nie wiedziałem, że robię aż takie wrażenie! – zaśmiał się. -Wpadłem, żeby wykonać kilka magicznych sztuczek przed Waszym przedstawieniem. I żeby odebrać książkę: już niedługo nie będzie Ci potrzebna.
Widząc nie przemijający szok na twarzy Aleksandra, uścisnął mu mocno i serdecznie dłoń, pożegnał się szybko i zniknął, a raczej zszedł po schodkach, skręcił w stronę miasteczka, zniknął za krzewami, ale nigdy się zza nich nie wyłonił. No więc chyba tak, można powiedzieć, że zniknął.
„Skąd się tu wziął, jak mnie znalazł?”, myślał Aleksander. Nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Ocknął się dopiero, kiedy Katarzyna pociągnęła go za rękaw koszuli.
– Pójdę z Tobą na pocztę – zaproponowała.
Szli przez jakiś czas w milczeniu. Aleksander rozglądał się ukradkiem w poszukiwaniu Czarodzieja, ale ten przepadł na dobre, nie było go nigdzie, zresztą po drodze nie spotkali żywego ducha, jedynie czarnego kota, który zeskoczył z parapetu, kiedy się do niego zbliżali, i spokojnym krokiem przeszedł na drugą stronę ulicy.
– Przepraszam, Katarzyno, że nie mówiłem Ci prawdy – odezwał się nagle Aleksander – ale musisz zrozumieć…
– Nie, nie przepraszaj – przerwała mu Katarzyna. – Ja też Ci nie powiedziałam całej prawdy.
Zatrzymał się. Popatrzył na nią przestraszony.
– Jakiej prawdy?
– Próbowałam Ci to już kiedyś wytłumaczyć… – zaczęła, ale chciała mieć to jak najszybciej za sobą. – Jeteśmy czarownicami – powiedziała patrząc mu prosto w oczy.
Zaśmiał się i podał rękę na zgodę, sztucznym, teatralnym gestem, ewidentnie traktując wszystko jak dobry żart. Chociaż kiedy chwilę się zastanowił – kocioł, szklana kula, miotły, buteleczki i zioła, i gromady czarnych kotów… Nie, nie, otrząsnął się szybko. Miał wciąż w głowie niedawne słowa Czarodzieja: wkrótce odbierze mu książkę. N i e b ę d z i e m u j u ż p o t r z e b n a, zapewnił go, powinien być więc spokojny, jednak nie do końca mu wierzył, zostało już tak niewiele czasu!
– Może otworzymy książkę? – przynaglił więc, z nadzieją, że sprawa książki znajdzie wreszcie swoje szczęśliwe zakończenie, chociaż nie miał pojęcia jak mogłoby ono wyglądać. Może tym razem trafi się historia, w której obydwoje będą chcieli zostać? Katarzyna zgodziła się bez słowa i już po chwili wszystko wokół nich znikło.
Pociąg sunie przez otwarte pola. Szyby są przybrudzone, zostały na nich ślady czyichś dłoni, ciemnych strużek deszczu, zaschnięte krople żywicy, drobne listki. Patrzę na przesuwające się płaty zbóż, wyglądają jak babcina narzuta na tapczan, pozszywana ze starych swetrów, obrusów, szalików. Od czasu do czasu tuż przy torach migają drzewa, mosty: klisza w starym kinie, podskakująca i niewyraźna, posklejana w prawdopodobną historię.
Śledzę wzrokiem krajobrazy. Przejazd koleją to moja ukochana forma podróży, w zawieszeniu, w ciągłym pożegnaniu. Lubię siedzieć przy oknie, tak jak teraz, i patrzeć na skrawki, migawki cudzego życia. Gdzieś w oddali z komina lecą kłęby białego dymu. Ktoś jedzie na rowerze wąską drogą pod górę i zaraz znika za okienną ramą, ale droga ciągnie się dalej, zakręca, biegnie przez las, przez polany, przez brzozowy gaj, pełen ruchliwych żółtych listków, i rozdwaja się przy kapliczce. Nigdy nie dowiem się czy rowerzysta pojedzie prosto przed siebie, do miasteczka i kolejnych lasów, czy skręci w węższą ścieżkę, prowadzącą do drewnianej chaty, przed którą ktoś się krząta, coś zbiera do szerokiego kosza.
Dziesiątki, setki rozpoczętych opowieści: światła w otwartych drzwiach, dzieci biegnące za stadem owiec, koń, gnający przez równinę: czy uciekł z zagrody? Jak długo będzie żył tą nagłą wolnością, wiatrem w śniadej grzywie? Miejsca, do których nigdy nie dotrę, które najwyżej zobaczę tak, jak teraz, z pędzącego pociągu, przez jedną chwilę, która będzie jednocześnie spotkaniem i pożegnaniem.
Kiedy drzewa pojawiają się blisko naszych okien, pociągowa szyba zmienia się na moment w lustro, przez ułamek sekundy widzimy w niej rozmazane odbicia naszych twarzy. Układam wtedy zawsze włosy, szybkim gestem chowam kosmyk za ucho, odsłaniam czoło, żeby ktoś, kto spojrzy z zewnątrz, zobaczył mnie uczesaną, chociaż dobrze wiem, że nawet gdyby gdzieś na trasie ktoś zatrzymał się i zajrzał do przedziału, zobaczyłby jedynie kilka jaśniejszych plam na długiej smudze okien. Mimo to powtarzam ten rytuał za każdym razem, kiedy powraca ciemne tło za szybą. Tak jak teraz. Podnoszę dłoń do czoła i wtedy miga przede mną Twoja twarz.
Przez chwilę czekam nieruchomo, a później odwracam się powoli od okna. Jesteś tam. Siedzisz, oparty wygodnie, od strony korytarza. Masz zamknięte oczy, czy śpisz? Oprócz nas nie ma w przedziale nikogo. Na półce nad Twoją głową stoi torba podróżna, załadowana czymś aż po brzegi, klamry naciągnięte są tak mocno, że szwy pasków zaczynają się rozpruwać. Na fotelu obok leży dzisiejsza gazeta. Musiałam ją już czytać: widzę tylko fragmenty słów w tytułach, a mimo to potrafię je odtworzyć, wiem o czym mówią.
– Śpisz? – pytam cicho.
Otwierasz lekko oczy, zaspany, zmęczony. Patrzysz na mnie, jakbyś nie był pewien, czy to ja się odezwałam. Uśmiecham się do Ciebie. O, szczęśliwa chwilo! Siedzimy razem w pociągu, który wiezie nas nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd, jesteśmy sami dla siebie.
– Myślałam, że śpisz – mówię, nadal cicho, żeby nie spłoszyć tej godziny o ptasim sercu.
Patrzysz na mnie i też się uśmiechasz, ale niepewnie, z zakłopotaniem. Poprawiasz się na siedzeniu, prostujesz plecy. Mówisz do mnie kilka słów, ale żadnego z nich nie rozumiem. Docierają do mnie zbitki obcych dźwięków. „To przez stukot kół na podkładach”, tłumaczę sobie.
– Co mówiłeś? – pytam, pochylając się w Twoją stronę.
Znów spoglądasz na mnie, zdezorientowany, kładziesz dłonie na kolanach, zaciskasz je, aż na spodniach układają się fałdy. Powtarzasz te same dźwięki, niezrozumiałe, szybkie. Otwierają się drzwi, odsuwa je konduktor zamaszystym ruchem, i prosi o coś, patrząc najpierw na mnie, później na Ciebie. Z kieszeni marynarki wysuwasz bilet, podajesz go mężczyźnie, rozmawiacie ze sobą swobodnie, w języku, którego nie rozumiem. Jest twardy, szarpany, wypowiadane przez Was słowa z niczym mi się nie kojarzą.
Konduktor odwraca się teraz do mnie, patrzy wyczekująco. A więc nie podróżujemy razem, powinnam mieć swój bilet. Na kolanach leży torebka zapięta na dwa guziki, otwieram ją, bilet leży na samym wierzchu. Podaję go, wszystko się zgadza. Konduktor zostawia swój podpis, kłania się i żegna po swojemu, zasuwa za sobą drzwi. Wpatruję się w drobny druk, ale nie umiem odczytać trasy, którą jedziemy, niektórych liter nigdy wcześniej nie widziałam.
Patrzę znów na Ciebie. Jakie to trudne, dziwne uczucie: mamy siebie na wyciągnięcie ręki, a nie potrafimy się porozumieć. Spoglądasz na zakładkę na moim nadgarstku, ale jaki to miałoby sens, powiedz, jaki? Zostać w tej historii jak dwoje obcych ludzi, którzy być może wysiądą na różnych stacjach i będę skazani na wieczne poszukiwanie, na wieczną tęsknotę?
Twoje myśli wędrują chyba po moich śladach,bo spuszczasz wzrok i sięgasz, zrezygnowany, do torby, przewieszonej przez ramię. Upewniasz się jeszcze ostatnim spojrzeniem, czy takie jest również moje życzenie. Daję Ci znak skinieniem głowy. Odpinasz więc płócienną klapę, wyjmujesz książkę, unosisz jej zieloną okładkę, i wszystko znika.
Katarzyna otworzyła oczy. Już trochę się odzwyczaiła od tych niespodziewanych podróży. Siedziała znów na swoim łóżku, wokół niej siostry kończyły wieczorną pracę: zawiązywały woreczki z ziołami, które kilka dni później miały wsunąć pod poduszki gości.
Wszystko zaczynało się układać w spójną całość. Za tydzień odbędzie się Święto Jabłek, ze sceny przemówi Goplana ze swoim ważnym przesłaniem, Aleksander nauczy się prawdy o miłości, a zagadka otrutych jabłoni zostanie wyjaśniona. Czuły, że zakończenie tej historii już się rozgrywa, gdzieś daleko od chaty. Myliły się: wszystko działo się bardzo blisko. Kiedy odkładały woreczki do kosza, drogą z miasteczka nadjechała furgonetka pełna papierówek. Kierowca skręcił przed chatą i pojechał w kierunku lasu. Z tyłu, na otwartej przyczepie, siedzieli trzej wąsacze i patrzyli w gwiazdy. Zobaczył ich jednak tylko czarny kot, ze złotym kółkiem na szyi, który siedział na ganku i czekał aż wybije północ. Kiedy samochód zniknął w ciemnościach nocy, kot zszedł dostojnie po schodkach i pobiegł ścieżką na polanę, gdzie siostry już ustawiły się w taneczny krąg.
Dodaj komentarz