Rozdział jedenasty

Aby rozplątać węzeł, trzeba najpierw znaleźć początek jednej z nici.

(O rozplątywaniu)

Nie wiadomo kiedy nadszedł wrzesień. Dni robiły się coraz krótsze, słońce wędrowało niżej i zamiast ślizgać się po zieleni, zaczynało prześwietlać blednące źdźbła i liście. Poranki i wieczory były już chłodniejsze i dziewczęta zarzucały wtedy chusty na plecy. Tak jak teraz, w dniu wielkiego Święta, który obudził się rosą i różowymi pasmami chmur.

Szły na polanę, żeby sprawdzić czy wszystko prezentuje się jak należy. Wzdłuż drogi ustawione były dębowe stoły: po południu pojawią się na nich placki z jabłkami, strucle, konfitury, jabłka pieczone, dzbany pełne soku. Każdy z gości będzie mógł skosztować tutejszego bogactwa, darów matki ziemi, które dojrzewają w słońcu odkąd pierwszy człowiek zaczął chodzić po świecie.

Na łące rozstawiono ławy dla widzów, ale i tak większość usiądzie na trawie, na kocach i ręcznikach, które na razie leżały na ganku, złożone w kostkę, i czekały aż obeschnie rosa. Nad sceną wisiał kawałek białego płótna, do którego dziewczęta przypięły wiązanki polnych kwiatów. Wczoraj wieczorem powtarzali tu jeszcze swoje kwestie, podpowiadali sobie nawzajem jak ustawić się wobec publiczności, kiedy podnosić głos, a kiedy go przyciszać. Widać było, że każdemu zależy na tym, żeby wypaść jak najlepiej! Bogumiła dopadł na chwilę kryzys: chciał oddać swoją postać, wycofać się z przedstawienia, ale przekonali go jednogłośnie, że drugiego takiego Skierki nie ma na świecie, więc uspokoił się i dalej powtarzał rolę z resztą trupy. Zresztą przed snem dziewczęta wsunęły żołnierzom pod poduszki woreczki z miętą, rozmarynem i sosnowymi igłami, i rano wszyscy czuli się już pewniej, radośniej.

Po śniadaniu Aleksander krążył po skraju drogi, prowadzącej do miasteczka. Wyczekiwał niecierpliwie posiłków z jednostki, o które prosili kilka dni temu. Telegram z odpowiedzią był krótki, zapowiadał przyjazd dowódcy w piątkowy poranek. I rzeczywiście nadjechał, tym samym samochodem, który dwa miesiące wcześniej zatrzymał się przed chatą czarownic. Wysiadł, wyprostował się, poprawił koszulę, jego ruchy były sprężyste i dostojne. Tuż po nim z samochodu wysiedli dwaj inni mężczyźni, i całą trójką weszli, a właściwie wmaszerowali po schodkach na ganek. Tam czekał już cały oddział aktorski wraz z Czarodziejem, który przedstawił się na wszelki wypadek jako nauczyciel, żeby wojskowi w ogóle zechcieli go wysłuchać. Miał przecież wyjaśnić przybyszom co takiego działo się w sadach.

– Kiedyś cała ta kraina roiła się od gospodarstw, folwarków, dworków – tłumaczył, kiedy już usiedli wokół stołu i sączyli słodki sok jabłkowy z wysokich szklanek. – Po wojnie jednak ziemie zostały odebrane dawnym właścicielom i przekazane władzom, które po kilku latach, wedle własnej opinii, znów je porozdzielały. Postanowiono, że na tych terenach powstaną sady jabłkowe. – Żołnierze słuchali, kiwali głowami, ale spoglądali też czasem na dzbanki, krążące z rąk do rąk, i ochoczo dolewali sobie chłodnego soku. – Przed ucieczką, dawni mieszkańcy zakopali w ziemi pieniądze, naszyjniki, ordery, wszystkie swoje najcenniejsze skarby, żeby po wojnie móc je znów odkopać. Nie dane im było jednak wrócić na swoje ziemie. Los rozrzucił ich po kraju, ale byli w kontakcie między sobą, i z czasem stworzyli mapę, na której oznaczyli miejsca, w których ukryli swoje skarby. Mijały lata, a ziemi wciąż nie można było odzyskać. Poumierali w końcu. Została tylko ostatnia właścicielka, z którą miałem okazję przepracować wiele lat w szkole. Przechowywała mapę u siebie, ale któregoś dnia jej zbuntowany nastoletni wnuk wyniósł z piwnicy wszystkie starocie i sprzedał je za grosze na targu. – Dowódca był poważny i skupiony, i z dumą, ale też odrobiną zdziwienia, patrzył na swoich ludzi, którzy wypełnili tę trudną misję. Czarodziej mówił szybko, żeby już mieć to spotkanie za sobą. – Wpadła w złe ręce i taki jest właśnie koniec tej historii: ktoś jeździ po okolicy i wykopuje te dawne skarby spod jabłoni. Drzewa obumierają. Rozeszła się plotka, że ktoś truje jabłonie. Wykorzystali to i posyłają do miasteczek trzech mężczyzn z doklejonymi wąsami i butelkami brunatnej cieczy, którzy próbują skupić na sobie uwagę, a w tym czasie ktoś gdzieś gromadzi sprzęt, którego użyje dzisiaj do odkopania skarbu.

– Chyba wiem gdzie – zawołał Bogumił, który przypomniał sobie nagle furgonetkę pełną papierówek, wyjeżdżającą z bocznej leśnej drogi. Pochylił się nad mapą i zaczął szukać punktu, w którym mało nie doszło do wypadku. Podnieśli się wszyscy z miejsc, zaczęli pokazywać sobie rozmaite ścieżki i uliczki, i planować szeptem popołudniową akcję, która zakończy się wreszcie aresztowaniem złodziei. Rozbiegli się później w różne strony, niezwykle pochłonięci swoimi zadaniami.

– Wiem, nie miałeś pojęcia co sprzedajesz – powiedział Czarodziej do Aleksandra, kiedy zostali sami na ganku.

– Ja…? – zdziwił się Aleksander, podniósł głowę, spojrzał Czarodziejowi prosto w oczy i nagle wszystko wróciło do niego we wspomnieniach, jak film na starej, podniszczonej kliszy: zakurzony karton z mapami, targowisko nad rzeką, zmęczona Babcia pochylona nad szpulkami nici. – Babcia Aneczka? – zapytał z niedowierzaniem.

– Dla nas była Panią Ananke. Uczyliśmy w słynnej szkole sztuk rozmaitych, którą okoliczni nazywali złośliwie szkołą czarownic i, nie przeczę, mieli w tym trochę racji, przez nasze klasy przewinęły się przeróżne postacie. Mieliśmy nową wizję, odważną jak na tamte czasy. Odrzuciliśmy czary. – Aleksander słuchał Czarodzieja z uwagą, ale wydawało mu się, że słucha baśni, kręcił lekko głową, jakby chciał odrzucić od siebie to, co słyszy, jakoś to unieważnić. – Ludzie pragną szybkich rozwiązań. Proszą zawsze o dwie rzeczy: o zdrowie i o naprawienie relacji. Postanowiliśmy leczyć ciało jedynie ziołami, a relacje – pieczołowitym rozwiązywaniem konfliktów. Czary prowadzą czasem do wielkiego zła, do okrutnych nieszczęść! Zresztą sam dobrze wiesz, znasz rozpacz Goplany. Twoja Babcia uczyła właśnie rozplątywania.

Aleksander przypomniał sobie słowa Katarzyny o rozwiązywaniu nitek, o splataniu ich na nowo.

– Tak, nauczyła się tego z podręcznika Twojej Babci – powiedział Czarodziej, czytając mu w myślach. – Stoi na półce w sieni, tam, gdzie wcześniej stała Balladyna. Znasz dobrze tę książkę.

Aleksander wstrzymał oddech: przypomniał sobie teraz również kuchenny stół, ten sam, na którym Babcia stawiała garnek z konfiturami. Na stole, wśród szpulek nici, kłębków włóczki, długich, misternych bransoletek, leżała cieniutka książeczka. Jak mógł o tym zapomnieć?

– O wielu innych sprawach zapomniałeś – odezwał się Czarodziej. – Taka jest kolej rzeczy. W dzieciństwie uczymy się wszystkiego, co jest nam potrzebne. Świat jest jasny, życie proste. Później zaczyna nam się to wydawać zbyt łatwe, odrzucamy te święte mądrości, zapominamy o nich. Ale przypomnisz sobie, nie martw się. Po to dałem Ci książkę.

– A Pan czego uczył? – Aleksander czuł, że wszystko zaczyna mu wirować w głowie.

– Trzecia rzecz, po jaką przychodzą ludzie, to miłość. Ale nikt nie chce poznać prawdziwej istoty miłości, proszą wciąż o relacje, o konkretnych ludzi, o ich obecność. Tym właśnie się zajmowałem. I nadal się zajmuję – spojrzał na Aleksandra z uśmiechem. – Chodzi o miłość do świata, amor mundi, na której opiera się w s z y s t k o. Która nie ma definicji. Której nie da się nauczyć: trzeba jej doświadczyć.

Zamyślili się, każdy pobłądził chwilę po swoich wspomnieniach.

– Widziałem mnóstwo pojazdów w miasteczku, będziecie mieć dzisiaj nie lada widownię! – Czarodziej poklepał w końcu Aleksandra po ramieniu. – Cieszę się, że będę mógł to zobaczyć. Wyjadę po przedstawieniu.

– Dzisiaj? Zabierzesz książkę?! – zawołał przerażony Aleksander.

– Bądź spokojny. Wieczorem już nie będzie Ci potrzebna. – I odszedł, ruszył ścieżką w kierunku miasteczka, a kiedy Aleksander odwrócił się, żeby zapytać go jeszcze o sens tej całej historii, na drodze nie było nikogo.

Po południu trzeba było pozanosić jedzenie na stoły przy polanie. Dziewczęta pracowały w kuchni przez pół dnia, gotowały, piekły, kroiły. Po chacie kręciło się wiele osób, bo mieszkańcy chcieli pomóc w przygotowaniach, przynosili swoje ciasta, albo półmiski, myli i kroili jabłka, których potrzeba było coraz więcej. Gotowe dania podawano sobie z rąk do rąk i układano w szerokich koszach. Jeden z nich chwycili właśnie Katarzyna i Aleksander, i wśród radosnych pokrzykiwań mieszkańców, ruszyli w kierunku polany.

– Katarzyno – zaczął od razu Aleksander – dzisiaj po przedstawieniu Czarodziej wyjedzie i zabierze ze sobą książkę. To nasza ostatnia okazja.

– Okazja do czego? – zapytała, nie patrząc na niego, a na ścieżkę.

– Nie wiem… Powiedział mi dziś znowu, że nauczę się z niej miłości świata. – Znów wypowiedział te słowa z lekką ironią. –  Może musimy jednak zostać w tej opowieści?

– Chcesz się przenieść do książki?

– Nie, takie rzeczy chyba się nie dzieją – zaśmiał się, ale przypomniał sobie szybko wydarzenia tego lata i stracił pewność siebie. – Może nie trzeba zostawać, może trzeba po prostu c h c i e ć w niej zostać, włożyć jednak zakładkę?

– Jaki w tym sens? – zapytała Katarzyna po chwili milczenia. Kosz zaczynał ciążyć, na szczęście do najbliższego stołu pozostało już tylko kilkanaście kroków. Podbiegło dwóch chłopców, wyjęli z kosza po dwa półmiski i aż oczy im się zaświeciły na widok tylu świeżych wypieków.

– Nie podjadać! – zawołała któraś z kobiet i przywołała ich do siebie. Poszli dalej, bo pierwsze dwa stoły były już wypełnione po brzegi.

– Nie wiem. Ale to ostatnia szansa, żeby się przekonać.

Kiedy więc postawili kosz na ziemi i pomogli wyjąć z niego wszystkie potrawy, zeszli na chwilę z polany, usiedli tam, gdzie ostatnio się rozstali, na powalonym pniu wśród szumiącego lasu. Aleksander spuścił głowę.

– To wszystko, co się teraz dzieje, to moja wina. Nie uwierzysz w to, co Ci powiem…

– Czarodziej opowiedział mi o wszystkim – Katarzyna położyła mu dłoń na ramieniu. – Nie wiedziałeś co robisz, nie zadręczaj się tym. Gdybyś nie sprzedał mapy… – „nie spotkalibyśmy się”, chciała powiedzieć, ale zawiesiła głos i po chwili dokończyła – …nie byłoby… tego lata. Ani naszej Balladyny.

Siedzieli tak jeszcze przez jakiś czas. W oddali słychać było krzątaninę, strojenie skrzypek, klaksony nadjeżdżających samochodów, rżenie koni. Miasteczko żyło dzisiejszym Świętem, do którego zostało już tylko kilka godzin. Aleksander sięgnął w końcu bez słowa po zieloną książkę. Otworzyli ją razem po raz ostatni i cały ten cudowny zgiełk, który ich otaczał, znikł razem z lasem, chatą i zapachem pieczonych jabłek.

Dodaj komentarz