Gałązka laurowa lepsza od korony,
Bo w laur piorun nie bije, ani głowie szkodzi.
(Epilog)
Idę w tłumie, niekończącym się tłumie, który płynie powoli między budynkami, szeroką ulicą, środkiem jezdni i po chodnikach, nie ma nic oprócz nas, naszych głów i ramion, gdzieniegdzie wystają tylko znaki drogowe i wygięte słupy ze światłami, teraz migoczące na żółto, jakby nie było dla nas ani zakazu, ani przyzwolenia. Ludzie stojący w oknach i na balkonach wyglądają tak jak my, poupinali kwiaty we włosach, założyli koszule, sukienki, peleryny we wszystkich kolorach, niektóre stroje mają orientalne zdobienia, inne ludowe hafty, jeszcze inne równe, geometryczne wzory: tak to właśnie jest, każdy hołduje epoce, w której był młody.
Milczymy, wiemy, że nie wolno nam wołać, wzdłuż ścian budynków stoją zamaskowane straże. Strażnicy trzymają broń, mierzą w nas, boją się buntu. Nasze hasła, odebrane głosowi, wypisane są na kawałkach prześcieradeł, na chustkach, we wnętrzu dłoni. „Pokój”, we wszystkich językach świata. Wyszyłam mój transparent wczoraj w nocy, wycięłam litery ze starych bluzek, naszyłam na złożoną w pół spódnicę. Niosę go nad głową, chociaż ręce już mi mdleją. Miasto jest gęste i zamyka horyzont, nie przepuszcza wiatru, który mógłby przynieść nam chwilę ukojenia.
Rozglądam się, odwracam, staję na palcach. Gdzie jesteś? Jak Cię znaleźć w tym tłumie? Czy Ty też mnie szukasz? Zwalniam, przepuszczam grupę młodych ludzi, później następną, i jeszcze jedną. Widzę ich piękne twarze, nadzieję w szeroko otwartych oczach. Profile nakładają się na siebie, przepływają. Nie ma Ciebie.
Dochodzimy do skrzyżowania. U zbiegu ulic, na samym środku niewielkiego ronda, którego zarysu nie widać teraz spod rzeki włosów i kwiatów, rośnie rozłożysty dąb. Gałęzie pochylają się we wszystkie strony, liście rzucają przyjemny cień. Ktoś usiadł na chwilę na trawie przy pniu i wachluje się kartonową tabliczką. Wysuwam się z szyku, odbijam w lewo i wchodzę na trawnik; pozdrawiamy się uśmiechem. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, zwijam więc sukienkę nad kolanami i wspinam się szybko na najniższą gałąź, a później na tę dłuższą, która zawisa nad krawędzią jezdni. Siadam na niej jak wiewiórka, czujna, gotowa do skoku.
Widzę stąd twarze maszerujących, niektórzy patrzą w górę, machają do mnie. Z tłumu wybiega dziewczyna z wiklinowym koszykiem, wdrapuje się na drzewo, siada koło mnie na gałęzi. Koszyk jest wypełniony po brzegi płatkami wiosennych kwiatów. Stawia go między nami, zanurza dłoń w miękkich płatkach, wyjmuje ich garść i sypie na przechodzących ulicą ludzi. Podnoszą ręce, próbują je schwytać. Robię to, co ona, zrzucam kwiaty na sunące głowy, opadają jak baśniowy deszcz. Nie podoba się to strażom.
Celują w nas, obracają w naszym kierunku swoje stalowe lufy, każą schodzić. Nie ruszamy się, rozsypujemy dalej płatki, chociaż zaczynam się bać. Idą więc po nas, przeciskają się między kolorowymi szeregami, ocierają się o transparenty, o różane girlandy. Kiedy są już na skraju trawnika, widzę Cię. Rozpoznaję Twoje oczy za szklaną przyłbicą. Na mój widok nieruchomiejesz. Stoisz pod dębem i czekasz co zrobię, już nie wykrzykujesz rozkazów, patrzysz nerwowo na pozostałych strażników, na ich zdecydowane kroki. Opuszczasz broń.
– Wyjmij książkę! – wołam do Ciebie, chcę stąd uciec jak najszybciej, ogarnia mnie coraz większy strach.
Kręcisz głową.
– Zejdź – mówisz powoli. – Pomogę Ci – wyciągasz do mnie rękę.
Pod drzewem stoi już dziesięciu strażników, trzymają palce na spustach, dziewczynie z koszem zaczynają drżeć ręce. Schodzimy, szukamy stopami punktów zaczepienia, zeskakujemy na ziemię. Patrzysz na mój nadgarstek, na zakładkę, którą kiedyś od Ciebie dostałam. Zakrywam ją dłonią.
– Wyjmij książkę – proszę Cię cicho, żeby przekonać Cię szeptem, jeśli krzyk nic nie zdziałał. Znów kręcisz głową.
– Pomogę Ci – mówisz, ale nie mam już siły, chcę wracać, rzucam się na Ciebie i rozrywam płócienną torbę, którą przyciskasz do siebie, strażnicy momentalnie kierują we mnie broń, ale zdążam wyciągnąć książkę, wyrwać Ci ją z dłoni, chwytam okładkę i wszystko wokół znika.
Katarzyna ocknęła się w swoim pokoju. Oprócz niej nie było w nim nikogo: zza okna dobiegały odgłosy rozpoczynającego się właśnie święta, dziewczęta witały gości i zapalały światełka. Aleksander siedział na swoim łóżku. Patrzył przez szyby na ścieżkę pod lasem, na krzątające się po niej postacie. Myślał, że coś zrozumie z tej przygody, ale pogodził się już z tym, że pozostanie ona dla niego tajemnicą.
Usłyszał hałas w kuchni, poszedł więc sprawdzić czy któryś z kotów nie narobił szkód. To była jednak Katarzyna. Zaglądała do garnków i do pieca, ale nie zostało nic do zrobienia, siostry zaniosły już wszystkie wypieki na polanę. Stanęli w ciszy naprzeciwko siebie. Aleksander wpatrywał się w nią pytająco. Katarzyna spuściła wzrok, i zaczęła rozwiązywać bransoletkę. Rozwiązywała ją powoli, nitka po nitce, aż można było ją zsunąć z nadgarstka. Położyła ją wtedy na stole, rozprostowała dłonią.
– Tam też nie chciałaś zostać? – zapytał Aleksander. – Pomógłbym Ci.
– Nie chcę żyć w żadnej historii, którą ktoś za mnie napisał – odpowiedziała. Milczał, więc po chwili dodała: – Chcę żyć w tym świecie, w którym i Ty jesteś, ale prawdziwy Ty.
– Strzelałem do ludzi również w prawdziwym świecie.
– Ja kiedyś używałam silnych czarów. Obydwoje robiliśmy rzeczy, których teraz żałujemy. Jesteśmy jak Balladyna i Goplana, tyle że w świecie, w którym za skruchą idzie przebaczenie. Pomyśl o tych wszystkich opowieściach z książki: one gdzieś już się wydarzyły, innym ludziom. Nie powtarzajmy ich.
– Tutaj może nadejść wojna.
– Wiem. Ale nie mamy pewności czy nadejdzie.
Aleksander poczuł wtedy przez chwilę, że istnieje coś większego, coś niezależnego od ich historii, i zdał sobie sprawę, że w rzeczywistości wszystko, co się wydarzyło, to, co dobre i to, co złe, było jej częścią. Gdyby nie kradzieże w sadach, nie trafiłby do chaty dziewcząt. Gdyby nie rana po kuli, nie dostrzegałby teraz wiatru w trawach i smaku jabłek, i innych codziennych spraw, w których objawia się życie.
Było już późno, ruszyli więc razem na polanę. Z jakiegoś powodu czuli się teraz lekko, odbijali się od ziemi jak ptaki od gałęzi. Od czasu do czasu spoglądali na siebie i śmiali się bez powodu. Szli coraz szybciej, bo widzowie siedzieli już na polanie, na ławach i na trawie, i oglądali magiczne sztuczki Czarodzieja, po których miało się rozpocząć przedstawienie. Czarodziej wyjmował z kapelusza przedziwne przedmioty, rozrzucał karty, które wracały później same do jego dłoni, albo znikały tuż nad sceną. Zapadał zmierzch, na gałęziach i na sznurkach między pniami wisiały papierowe lampiony i żeliwne latarenki. Księżyc świecił srebrzyście na bezchmurnym niebie.
Kiedy dotarli do sceny, Bogumił podbiegł do nich, przejęty, i przekazał najświeższe wieści.
– Złapali ich! Przed chwilą przyszła wiadomość od dowódcy. Było tak, jak myśleliśmy: przyjechali furgonetką z papierówkami. Przesłuchają teraz wszystkich i ta historia już się nie powtórzy. Mamy nadzieję, że dzięki mapie uda nam się znaleźć prawowitych spadkobierców tych zakopanych skarbów.
Aleksander poklepał Bogumiła po ramieniu, niemal z ojcowską dumą.
– Zaraz zaczynamy! – zawołała w tej samej chwili Barbara w stroju wdowy. Dodali sobie otuchy spojrzeniem. Wszyscy się trochę bali, wiadomo, ale byli przecież razem, będą się wspierać, jak zawsze.
Czarodziej zszedł ze sceny, wśród zachwyconych okrzyków publiczności. Położył kapelusz na pniu, na którym często siadywała Katarzyna, na ziemi postawił kuferek. Aleksander podszedł do niego, zdjął torbę, rozpiął ją i wyjął zieloną książkę.
– Zwracam Ci ją i bardzo Ci za nią dziękuję – powiedział z uśmiechem.
– Porozmawiamy po przedstawieniu – odpowiedział Czarodziej, głaszcząc książkę po zmęczonej okładce. – Leć teraz, Grabku!
Katarzyna wskoczyła w płaszcz pustelnika i jako pierwsza weszła ostrożnie na scenę. Usiadła w rogu, skulona, na polanie zapadła cisza. Ktoś się wspiął po trzeszczących skrzynkach, stuknął obcasami: to Kirkor. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że spod kaptura wysypały się długie kobiece włosy. Opowieść popłynęła, a widzowie razem z nią.
Aktorzy grali tak, jakby robili to codziennie od bardzo wielu lat. Przemieszczali się po scenie z wdziękiem i pewnością siebie. Znikali kiedy trzeba było zniknąć, pojawiali się w odpowiednim momencie. Mieli stroje jak z baśni, połyskiwały, szeleściły, zdawały się rozpływać w ciepłym świetle lampionów. Przez wiele dni przed spektaklem dziewczęta toczyły ważną dyskusję o scenografii, przecież mogły wyczarować co tylko chciały, ale postanowiły w końcu, że nie będą łamać swoich zasad i zdadzą się na wrażliwość i wyobraźnię widzów. Scena była więc wciąż ta sama, ale publiczność siedziała jak zaklęta; widzieli na niej raz las, raz chatę, raz zamek. Dzieci wstawały czasem, żeby lepiej zobaczyć co się dzieje, ktoś w pewnej chwili krzyknął, żeby przestrzec Alinę. Śmiali się głośno z rozmów Chochlika ze Skierką, milczeli, kiedy Konrad podnosił lalkę Balladynę i sokiem z malin rysował czerwoną linię na jej czole. Wszyscy wiedzieli jak skończy się ta opowieść, a mimo to śledzili ją wstrzymując oddech. A kiedy Filon ustami Goplany wymówił kwestię „poplątałam ludzkie czyny” i zaczął się żegnać ze światem, wzruszyli się wszyscy. Patrzyli na jego jarzębinową koronę i myśleli o smutku, który spada na ziemię, kiedy kończy się lato.
Aleksander czuł, że wszystko nagle staje się nowe. Jego stopy dotykały drewnianej sceny, a później trawy na łące. Wyczuwał krople wieczornej rosy, i każdy oddech, i wiatr, który wplątał się w pelerynę, jakby nagle ktoś wyostrzył obraz świata i powiększał specjalnie dla niego jego fragmenty. Uśmiechy, zmarszczki, splecione włosy, palce obejmujące przedmioty: r y t m, gdzieś w tle wybijał rytm, który był mu dziwnie znajomy.
Kiedy przedstawienie dobiegło końca, wybuchły brawa i wielka radość. Wszyscy widzowie wstali z miejsc. Przez cały wieczór po polanie krążyły półmiski z wypiekami i dzbanki z sokiem jabłkowym, wszyscy byli więc syci, napełnieni smakiem i wzruszeniem, i przejmującą baśnią, którą obdarowała ich teatralna trupa. Ale była już prawie północ, zbliżała się pora tańca. Pierwszy raz o tej porze pod lipami było tyle ludzi! Siostry stanęły najpierw na scenie bezradne, ale wystarczyło, że popatrzyły na siebie: w jednej chwili skinęły głową, chwyciły się za ręce. Filon zaczął grać melodię na źdźble trawy, zaraz zawtórowały mu ludowe skrzypki i fujarki, a dziewczęta zaczęły się obracać, jak co noc, w rytm prostej piosenki, którą Aleksander wiele razy słyszał z daleka. Rozpoznał w tej melodii rytm, który umykał mu przez cały wieczór.
Podszedł do dziewcząt, rozdzielił dłonie Katarzyny i Barbary i ruszył w taniec razem z nimi, po nim dołączył Bogumił i Filon, i Gustaw, choć niechętnie, i Konrad z kukiełkami zawieszonymi na ramionach – wyglądały, jakby się w niego tuliły; a za nimi mieszkańcy miasteczka, najpierw niepewnie, później coraz śmielej, coraz radośniej, dołączali do tanecznego kręgu i kiedy zegar ostatni raz wybijał północ, krąg obejmował już całą polanę, wirował w kilku pierścieniach, inaczej nie pomieściłby wszystkich tancerzy. Tańczył młynarz i listonosz, starsza pani z nową bransoletką, urzędniczka z miasta, i trzej wąsacze w długich marynarkach, obracali się i mruczeli melodię, której nie znali, którą znali od zawsze.
I wtedy zdarzyło się coś niezwykłego. Trwało to krótko, tyle ile piosenka. Czarodziej chwycił za krawędź niewidzialnej kurtyny, którą już kiedyś uniosła Katarzyna, i odsunął ją, idąc tanecznym krokiem. W świecie, który się nagle odsłonił, na skraju lasu stała Goplana w długiej zielonej sukni, w koronie z jarzębiny i drobnych listków, biło od niej nieziemskie światło i jakaś nieopisana moc. Poruszała się w rytm tej samej melodii, a obok niej kołysali się w tańcu Skierka i Chochlik, uśmiechnięta wdowa i jej dwie córki, Alina i Balladyna, z rumieńcami na policzkach, z dzbankami pełnymi malin. Aleksander wpatrywał się w nich bez słowa, obracał się dalej w kręgu, coraz szybciej, i kiedy znów miał przed sobą las, zobaczył, że roi się on od innych postaci, stały tam wiejskie kobiety z wiklinową kołyską i ksiądz z kadzidłem, a tuż koło nich strzygi, jeszcze ociekające wodą, w spódnicach pełnych wstążek i cekinów, trzymali się wszyscy za ręce i tańczyli w zewnętrznym kręgu, który zaczął się teraz rozrastać poza las, poza miasteczko. Aleksander zdołał jeszcze tylko zauważyć maleńkie skrzydlate duszki, które huśtały się w rytm piosenki w wysokich ciemnych dziuplach, kiedy horyzont pękł i wszystko zaczęło wirować: korowód ciągnął po plaży, sunęli w nim poszukiwacze przygód i wyłowieni z morza bogowie, w starych zwierciadłach rozwijały się rampy schodów, na których tańczyły dusze ukochanych, w oddali przemknął pociąg, a z jego okien machali podróżnicy z rozwianymi włosami. W wesołym miasteczku wróżka przytulała się do połykacza ognia, śmierć obejmowała życie na rozrzuconych na stole kartach. Tańczyli mieszkańcy zamku w sztywnych gorsetach i dzieci kwiaty na wielkim marszu: trzymali się za ręce z żołnierzami, którzy przewiesili broń przez ramię i pochylali się teraz to w lewo, to w prawo, w prostym, odwiecznym rytmie. Krąg obracał się coraz szybciej, aż wreszcie zlał się w jedno z pierścieniami tancerzy na polanie, i uniósł wysoko nad ziemię. Wirowało teraz wszystko, dobro i zło, księżyc i słońce, pory dnia, roku i życia, wszystko stawało się jednym, jakby świat był wielkim teatrem, w którym każdy gra swoją rolę: rolę, bez której historia nie miałaby sensu. Każdy gest i przedmiot był teraz częścią tej wielkiej obręczy, która obracała się nad polaną. Aleksander poczuł w sobie bezgraniczną miłość do tego świata, w którym wydarzyć się może wszystko, do historii, które się zdarzyły i które się zdarzą, do nieopisanego piękna, jakim jest życie. Amor mundi, pomyślał, kiedy złocisty krąg zaczął opadać. Melodia wreszcie ucichła, a tancerze – zmęczeni, ale szczęśliwi – dziękowali sobie za to niezwykłe święto. Obręcz zadźwięczała wtedy jak złoty pierścionek i przykleiła się do okładki książki, starej zielonej książki, która leżała na lipowym pniu.
***
Spisałem tę opowieść, żeby nie została zapomniana, kiedy nadejdą inne czasy. Zamieszkałem znów w chacie pod lasem, tak jak dawno temu, zanim oddałem ją siostrom czarownicom. Przygarnęły mnie do siebie i mam teraz swój pokój na stryszku, który opuszczam jedynie w kociej postaci. Podróżuję stąd do odległych miejsc, wszędzie tam, gdzie jest potrzebna moja zielona książka. Widuję krajobrazy tak piękne, że sam nie umiałbym ich sobie wyobrazić. Książka nasiąka nimi, i historiami ludzi, którzy ją czytają. Myślę czasem, że może któregoś dnia opowie komuś i o nas, o plecionych bransoletkach, o drewnianej scenie na polanie, o sadach jabłkowych na niespokojnym przygraniczu. Wracam często pamięcią do tamtej wrześniowej nocy. Nie myśleliśmy wtedy o przyszłości, ani ja, ani dziewczęta, ani żołnierze: czy kiedykolwiek znów się spotkamy, czy nasze ścieżki, które na chwilę się splątały, rozwiążą się i pobiegną w inne strony. Ważna była tylko tamta chwila, cieniutka złota obręcz w gęstych mrokach nocy. Rysuję ją palcem na ostatniej stronie, niech obraca się dalej.
Dodaj komentarz